Inkub, czyli książka doskonała na 96%

Autor: Artur Urbanowicz

Tytuł: Inkub

Wydawca: Vesper

Gatunek: horror

Data wydania: 2019

Liczba stron: 726


Zapewne zastanawiacie się, skąd ten procentowy wynik w tytule, ale za moment do tego dojdziemy. Najpierw jednak uwaga natury bardziej ogólnej. Inkub Artura Urbanowicza naprawdę dowodzi, że pisarz rozwija się we właściwym kierunku. Trzecia jego powieść pod wieloma względami rzeczywiście jest najlepszą z dotychczasowych, a zważywszy, że poprzednia, czyli Grzesznik, zdobyła Nagrodę Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego, to można mówić o sporym dokonaniu. Tyle na początek.

Inkub opowiada historię, a właściwie dwie historie toczące się w Jodoziorach na Suwalszczyźnie. Śledzimy równocześnie akcję współczesną oraz tajemnicze wydarzenia z początku lat 70. poprzedniego stulecia. Przeklęta wioska? Czy rzeczywiście za dziwne zachowania mieszkańców odpowiedzialne są złoża rud metali pod powierzchnią? A może jednak chodzi o ludzką, a raczej nadludzką, ingerencję? Dlaczego jeden z budynków we wsi ogrodzono wysokim płotem i czemu nikt nie jest w stanie wejść do środka? Młody policjant, który zadawał zbyt wiele podobnych pytań popełnia samobójstwo. Jego sprawę przejmuje kolega z komendy w Suwałkach – pół-Polak, pół-Litwin Vytautas Česnauskis, zwany Witkiem, a niekiedy… Czesławem. Ze względu na równolegle prowadzoną narrację poznajemy też losy mieszkańców Jodoziorów sprzed 40 lat.

I jest to wszystko naprawdę znakomicie napisane – aż do 700 strony. Bo zakończenie jest zepsute w sposób wręcz koncertowy, można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że bardziej tego zepsuć by się nie dało, nawet gdyby próbowano tego dokonać w sposób w pełni świadomy. Podejrzewam, że sam autor przekonany jest o genialności takiego, a nie innego finału, co zresztą można wyczytać między wierszami w posłowiu. Mogę nawet postawić bitcoiny przeciw orzechom, że wielu czytelników da się przekonać argumentacji Artura. Ale jednak nie zmienię zdania. Zakończenie nie może wyskakiwać jak królik z kapelusza, w zupełnym oderwaniu od wcześniejszych 700 stron. Mam tu na myśli zarówno ostatnią scenę z Vytautasem, jak i z Krysią (nie, nie zdradzę, o co chodzi, spokojnie…). A jeżeli nawet autor powtórzy, że starannie przemyślane przesłanki ukrył w fabule, to cóż… Powodzenia w poszukiwaniach!

Mimo wszystko oczywiście zachęcam wszystkich do lektury – mogę spokojnie powiedzieć, że tak dobrych 700 stron chyba jeszcze w polskim horrorze nie było. Częściowo dlatego, że nie przypominam sobie tak długiej powieści grozy polskiego autora (serie się nie liczą). Przede wszystkim jednak, ponieważ książka ma stron aż 726 i, paradoksalnie trochę, niemiłosierne zakończenie na zasadzie kontrastu podnosi ocenę wstępu i rozwinięcia.

 

Post Author: Krzysztof Maciejewski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.