Art of Reading

To read or not to read…

To musiało się kiedyś zdarzyć, chociaż – rzecz bez precedensu – po raz pierwszy od dobrych 30 lat nie przeczytałem ani strony książki. I to dwa dni z rzędu. To dziwne uczucie, przerażające na swój sposób, ale jednocześnie spadło na mnie jakoweś odurzenie i jęły się budzić dziwaczne refleksje. Bo książka to przecież erzac życia, zamiennik, sztuczna atrapa czy wręcz proteza. Nigdy nie pojadę do Afryki Południowej? Poczytam sobie o tym kraju. Nie poczuję szumu adrenaliny w trakcie spadania z wysokiej wieży? Znajdę w takim razie lekturę o skokach bungee. Ach, pójdźmy dalej w tym kierunku – zamiast odczuwać uczucia do ludzi, poczytajmy sobie, jak to odczuwają inni. Papierowe emocje, wymyślone dylematy, sztuczny miód.

A jeśli tak, jeżeli sam siebie oszukuję od paru dekad, to może odnalazłbym szczęście w definitywnym odstawieniu książek (pal licho blog, w końcu higiena życia jest ważna)? Pamiętacie madame Bovary? Do czego doprowadziły ją lektury? Przez kilka godzin byłem praktycznie zdecydowany na ten dość drastyczny krok. Ale potem przypomniałem sobie starutki kawał o koniu, który prawie odzwyczaił się od jedzenia i picia, ale tuż przedtem umarł. Ha, nawet suche dowcipy na coś nam się w tym życiu przydają. Nie, jednak pozostanę homo lectione.

A jednak ta dwudniowa abstynencja do czegoś może się przydała. Spojrzałem z większego dystansu na swoje życie – nie ukrywam, że temu nieczytaniu towarzyszył ostry epizod depresyjny – i okazało się, że trzeba trochę przewartościować priorytety. Przede mną długa droga.

2 komentarze

Dodaj komentarz