Art of Reading
  • Search results for Wydawnictwo Forma
  • Pergamonia, czyli Gombro do sześcianu

    Autor: Jan Drzeżdżon

    Gatunek: beletrystyka

    Wydawca: FORMA

    Data wydania: 2016

    Liczba stron: 378


    Najbardziej uderzającą myślą po lekturze Pergamonii jest pełne zaskoczenia olśnienie, a poza nim, a może wręcz ponad wszystko, pojawia się pytanie – jakim cudem ta książka nie jest powszechnie znana? Spełnia ona wszakże wszelkie warunki, by w świadomości czytelników stać się jedną z najważniejszych polskich powieści XX wieku. Historia Jonatana skupia w sobie tak wiele bolączek, jakże dobrze znanych Polakom, a przy tym odkrywa je w taki sposób, jakbyśmy po raz pierwszy oglądali blizny wyłaniające się spod zdzieranych siłą bandaży.

    Oto główny bohater, który trafia na sam środek sceny w tym teatrze absurdu, gdzie zakłócone są wszelakie procesy logiczne. Przez przypadek zostaje dowódcą samozwańczego oddziału obrońców Pergamonii, potem z tąże formacją oddzielony, obserwuje toczoną na miny i taneczne figury wojnę toczącą się na ulicach i rynkach miasta. Napotykane postacie zdają się uczestniczyć w jakichś własnych przedstawieniach, a jednak nawiązuje z nimi luźne kontakty. A wszystko w atmosferze groteski, jak na obrazie Pietera Bruegla Wojna karnawału z postem – i zupełnie jak u niderlandzkiego mistrza w tej tragifarsie ukrywa się groza.

    Trochę znajdziemy tu Dino Buzzatiego, odrobinę Franza Kafki, lecz najsilniejszym skojarzeniem bez wątpienia jest Witold Gombrowicz – i to mimo woli samego autora. Ponoć Jan Drzeżdżon odżegnywał się dość stanowczo od tej inspiracji. Być może chodzi o to, że autor Transatlantyku jak nikt inny odszyfrował wszystkie polskie przywary i narodowe cechy, a w związku z tym każda kolejna próba odczytania tych alfabetów właśnie Gombrowiczowsko musi się kojarzyć. O ile jednak owa rzekoma, mimowolna pożywka stanowić może punkt odniesienia, to Pergamonia jest dziełem bardziej totalnym, a zarazem jakby bardziej ludzkim.

    Czekam zatem niecierpliwie na kolejne dzieła Jana Drzeżdżona wydobywane z otchłani niepamięci. Wiem, że Wydawnictwo Forma ma w planach reedycję (lub wręcz pierwsze wydania) około dziesięciu książek kaszubskiego prozaika i poety. Pozostaje mieć nadzieję, że będą co najmniej tak dobre, jak Pergamonia.

  • Engram, czyli igraszki pamięci

    Autor: Maria Towiańska-Michalska

    Gatunek: wspomnienia

    Wydawca: Wydawnictwo Forma

    Data wydania: 2015

    Liczba stron: 218


    „…chciałbym oczu Twoich chmurność ocalić od zapomnienia” – te słowa K.I. Gałczyńskiego wyśpiewane przez Marka Grechutę towarzyszyły mi podczas lektury jako swoista duchowa ścieżka dźwiękowa. Engram Marii Towiańskiej-Michalskiej jest cudowną fotografią pamięci, wiernym zapisem nieistniejących już światów. Tym bardziej wartych więc zapamiętania. Dzięki opowiadaniom pisarki przenosimy się na dawne ziemie Polski leżące za Bugiem. Tak naprawdę jednak oglądamy umarłe rzeczywistości, coraz bardziej niknące za mgłą zapomnienia…

    Przenieśmy się więc w czasy II Rzeczpospolitej do miejscowości Łuniniec na Polesiu, gdzie autorka spędziła dzieciństwo i młodzieńcze lata. Spotkamy prawdziwych ludzi z ich słabościami i przedwojennym sznytem, pokazanych z czułością, ale bez sentymentalnych pretensji. Maria Towiańska-Michalska ma fenomenalną pamięć, albo prowadziła przez całe życie pamiętnik, bo wielość zapamiętanych detali naprawdę robi wielkie wrażenie. Zanurzamy się w codzienność prawdziwie posrebrzaną, pełną bolesnych chwilami wspomnień. Bo nad wszystkim unosi się memento – wszak trafiliśmy do Raju Utraconego.

    Na jednej ze stron znajdziemy wymyśloną przez autorkę odwrotność starej piosenki, która idealnie podsumowuje Engram.

    „Co zostało – nie zostanie,

    co stracone – ciągle wraca,

    co zgubione – tego szukam,

    co minione – wciąż pamiętam”…

    Jednocześnie wraz z postępem lektury odczuwamy coraz większy lęk – przed konfrontacją wspomnień z rzeczywistością. Już nie ma tamtego Polesia, a przecież wciąż gdzieś istnieje. Nie mieszajmy nigdy dwóch różnych systemów pamięci – to się nie może skończyć dobrze. Bo zamiast do urokliwego majątku trafimy między ruiny, jakie są jedynymi pozostałościami po kołchozie. Bo ludzie żyją już gdzie indziej, ale… Może jednak nie wszyscy, może warto szukać nawet w drobinie piasku jakiegoś znajomego engramu?

    Dałem się ponieść tej opowieści rodem ze „Starego Kina”. Czego życzę również czytelnikom tej recenzji.

     

     

  • Jonestown – poezja masakryczna

    jonestownwww

    stars8

    Gatunek: poezja

    Wydawnictwo: Forma

    Data wydania: 2016

    Liczba stron: 70


    Pamiętam, wprawdzie dość słabo, bo z wiekiem pamięć staje się coraz bardziej ulotna, ale w recenzji któregoś z poprzednich poetyckich tomików Karola Samsela pozwoliłem sobie użyć porównania z literaturą grozy. Uczyniłem to z niejakim niepokojem, bo wszak dopuściłem się mieszania, czy wręcz różnych kodów kulturowych, by nie powiedzieć, że w sposób niepowołany dokonałem dekonstrukcji intencji nadawcy. Miałem jednak okazję zamienić parę słów z autorem, któremu na szczęście spodobał się ten implicytny trop. I teraz, po lekturze Jonestown, jeszcze silniej upieram się przy tamtej interpretacji.

    Jonestown. Miejsce niesławne, kojarzące się natychmiast z przerażającą masakrą i śmiercią członków Świątyni Ludu, ale też z marzeniem o raju na Ziemi, enklawie sprawiedliwych. Przemawia do mnie szczególnie ten pierwszy trop wiodący ku określonej sferze pojęciowej, ku „grozie miłości na Ziemi”. Karol Samsel prowadzi dialog z rytualizacją pracy twórczej, która przecież również stanowi rodzaj makabrycznej hekatomby. Tym jest przecież właśnie kreacja – dążeniem do Absolutu drogą postępujących klęsk i pożarów. Literatura, ta wymarzona i wyśniona, istnieje w swej idealnej formie jedynie na matrycy wyobraźni poety. Przelanie słów na papier odkrywa zawsze niedoskonałość, a czasem nawet zbrodnię przeciwko samemu sobie.

    Niewątpliwa erudycja poety nie słabnie, można rzec, iż ten tomik stanowi swoiste dopełnienie dwóch poprzednich (Więdnic Prawdziwie noc). Erudycja, dodam, w tym przypadku nie ogranicza się do książkowej wiedzy – ona jest wręcz geodezyjna, bo Karol Samsel potrafi podążyć wieloma drogami dostrzeganymi przez nielicznych. Niczym w Borgesowskim „ogrodzie o rozwidlających się ścieżkach” jeden punkt startu oznacza zawsze nieskończoną liczbę punktów docelowych. W tym tkwi też moc tej poezji – bo kolejne jej odczytania są zupełnie nowymi podróżami.

    Szczerze polecam i czekam na kolejne drogowskazy do miejsc masakry.