Art of Reading
  • Search results for Węgry
  • Gorączka o świcie, czyli jak piętnować wspomnienia

    goraczka

    stars7

    Tytuł oryginału: Hajnali Laz

    Tłumaczenie: Maria Żbikowska

    Gatunek: beletrystyka, wspomnienia

    Wydawnictwo: Czarna Owca

    Data wydania: 2016

    Liczba stron: 254


    Wzruszyłem się kilka razy. Rzeczywistość często wygrywa z fikcją, jeśli idzie o scenariusze – i tak jest właśnie w przypadku Gorączki o świcie Pétera Gárdosa. Uznany węgierski reżyser postanowił zadebiutować jako pisarz, a za kanwę jego pierwszej powieści posłużyły prawdziwe losy jego rodziców. Oboje przeżyli obozy koncentracyjne, po wojnie poznali się dzięki korespondencji. Tak, wzruszyłem się kilka razy, lecz nie była to zasługa pisarza, a samej opowieści.

    Szwecja, rok 1945. Dwudziestopięcioletni Miklós trafia z oswobodzonego obozu koncentracyjnego Bergen-Belsen na Gotlandię. W obozie rehabilitacyjnym zostaje po raz drugi skazany na śmierć: jego lekarz daje mu sześć miesięcy życia. Miklós wypowiada swojemu losowi wojnę. Wysyła listy do stu siedemnastu Węgierek przebywających w szwedzkich szpitalach, w nadziei na to, że znajdzie miłość swojego życia. Jego ciche marzenie wkrótce się spełnia: 19-letnia Lili kompletnie oczarowuje go swoją charyzmą. Z czasem okazuje się, że jej wspomnienia wojenne są równie traumatyczne, jak jej listowego rozmówcy.

    Nie twierdzę, że Gorączka o świcie to książka zła. Największą jej zaletą są jednak cytaty z listów. Wszystko inne, a więc wartość dodana pisarza, niestety jest, nie bójmy się użyć tego określenia – gorszego sortu. Dalibóg! Taką opowieść można by snuć tak znakomicie, gdybyż tylko umiejętniej dawkować napięcie, wejść głębiej w dusze bohaterów, spróbować czytelnika czymś zaskoczyć! Tymczasem mamy do czynienia z poprawną, szkolną w zasadzie, opowieścią.

    Najbardziej zasmuciło mnie samo zakończenie, do którego pięknie pasuje stwierdzenie o „smutku spełnionych baśni”.  Bo jest tu nostalgia za młodzieńczymi ideałami, które trafiły na śmietnik historii – a przecież, tracąc takie klejnoty, zawsze stajemy się ubożsi. Teoretycznie książka opowiada o potędze miłości – takiej prawdziwej, która potrafi przenosić góry. Co jednak z niej zostaje pod koniec dnia, gdy wszystkie wzniesienia dawno trafiły już na swoje miejsce?

    Nie umiem piętnować wspomnień. Traktuję tę książkę nie jako literaturę, ale raczej opowieść o prawdziwych ludziach. Może trochę szorstką, bez stylistycznych fajerwerków, ale odsłaniającą kawałek czyjegoś życia.

  • Umarła wioska

    ptaki-wierchowiny

    stars9

    Tytuł: Ptaki Wierchowiny
    Autor: Ádám Bodor

    Tłumaczenie: Elżbieta Cygielska-Guttman

    Tytuł oryginału: Verhovina madarai

    Gatunek: beletrystyka
    Wydawca: Czarne
    Data wydania: 2014
    Strony: 240


     

    Wyobraźmy sobie fikcyjną wioskę, gdzieś na końcu świata, w której walutą stała się woda. Tu właśnie tryskają tajemnicze źródła termalne, których pilnują ludzie niejakiego Anatola Korkodusa. Jeszcze wciąż niektórzy mieszkańcy pamiętają o świętej Militzencie, Matce Trójnogiej przybyłej z Niemego Lasu, ale wszystko stopniowo staje się śladem przeszłości: była gospoda, stary zakład fryzjerski, dawny szpitalik… Właśnie o zanikaniu tego, co było, i braku tego, co mogłoby się zdarzyć, traktuje ta opowieść. Zaprawdę, nieprzypadkowo ostatnia książka Ádáma Bodora Ptaki Wierchowiny nosi podtytuł Wariacje na temat dni ostatnich. Realny jest tylko czas miniony zachowany przez opowieści. Bo ludzie umierają tu ze starości, popełniają samobójstwa, albo uciekają, tak jak ptaki niegdyś zaludniające okoliczne lasy.

    Miejsce akcji – Jabłońska Polana – to nazwa fikcyjna, mimo że w powieści pojawiają się geograficznie prawdziwe punkty odniesienia: Czerniowce, Lwów, Wierchowina. Pewne skojarzenia z Jasną Polaną – dworkiem Lwa Tołstoja, symbolizującym ostoję humanizmu w świecie barbarzyństwa, są nieuchronne, ale być może wiodą nas mylnymi ścieżkami. To przecież książka Ádáma Bodora, a więc musimy przenieść się w świat nierealny, chociaż bardzo nam bliski. W tymże świecie nie dziwi zatem okryty niebieskimi kryształkami prosiak zastygły w źródle, wskrzeszenie martwych dzieci, czy wreszcie ciąża trwająca dwa lata. Ale Ptaki Wierchowiny są nawet na tle pozostałej twórczości węgierskiego prozaika dość specyficzne – to opowieść o umieraniu realizmu magicznego. Magia rozpływa się w codzienności, ludzie tracą swoją dwoistość. A jednak wciąż gdzieś jeszcze trwa między wierszami, przesiąka obrazy i zapachy, unosi się wokół postaci. Bohaterowie książki są w pewien sposób zabawni, przypominają bezwolne marionetki. Ta szczypta humoru, którą autor doprawił swoją powieść pozwala czytelnikowi unieść emocjonalny stan nędzy, na swój sposób go pociesza.

    Wejdźmy jeszcze głębiej – cały świat przedstawiony w powieści staje się niejako metaforą eliptycznej myśli egzystencjalnej. Mamy do czynienia bowiem ze skomplikowanym systemem motywów – część z nich dotyczy ukrywania, a część odkrywania prawdy. Narracja bardzo silnie opiera się na doświadczaniu rzeczywistości wszystkimi zmysłami, co odnosi się zresztą również do wcześniejszych dzieł pisarza.Trzeba też wspomnieć te elementy, które nawiązują do pewnego minimalizmu komunikacji. Powieść nadaje także prawie poetyckiej intensywności pewnemu braku sensowności. A to wszystko, by wydobyć na światło dzienne wspomniane wcześniej motywy.

    Jest w tej powieści znacznie więcej – historiozofia podaje rękę metafizyce, a liryka grozie. Jak zawsze u Bodora, mamy do czynienia z literackim wysokim C. Miłośników Okręgu Sinistra namawiać zapewne nie muszę. Mam więc nadzieję (kruchą, bo przecież dni coraz mniej nam zostaje), że udało mi się do lektury zachęcić pozostałych.