Art of Reading
  • Search results for REBIS
  • Moriarty, czyli twist doskonały

    moriarty

    stars10plus

    Tytuł: Moriarty

    Tłumaczenie: Maciej Szymański

    Wydawca: REBIS

    Data wydania: 2015

    Liczba stron: 288


    Anthony Horowitz już Domem jedwabnym dowiódł, że potrafi idealnie wczuć się w rolę Arthura Conan Doyle’aTrochę pisałem na ten temat tutaj. Dlatego też paradoksalnie bałem się trochę rozczarowania kontynuacją, czyli powieścią pod krótkim tytułem Moriarty. Tym bardziej, że jest to właściwie powieść o Sherlocku Holmesie… bez Sherlocka Holmesa. Ale nie uprzedzajmy wypadków.

    Jak doskonale wiadomo, w pewnym momencie Doyle miał dość swojego sławnego detektywa i go… uśmiercił, ale powszechne oburzenie czytelników kazało mu zmienić zdanie. Okazało się więc, że Holmes tylko sfingował własną śmierć w wodach wodospadu Reichenbach, postanawiając przeczekać jakiś czas w ukryciu. Akcja nowej powieści Horowitza toczy się właśnie w tymże czasie. Ale już pierwszym zaskoczeniem jest to, że role pierwszoplanowe przypadły nie Holmesowi i doktorowi Watsonowi, lecz Athelneyowi Jonesowi ze Scotland Yardu (poniekąd znanemu z kilku oryginalnych opowiadań) oraz niejakiemu Frederickowi Chase’owi – Amerykaninowi z agencji Pinkertona. Muszą oni obaj stawić czoła zupełnie nowemu niebezpieczeństwu, które podobnie jak Chase dotrze do Londynu zza Atlantyku.

    Spadkobierca Doyle’a nie jest jedynie jego naśladowcą. Odniosłem wrażenie, że autor idealnie czuje ducha tego pisarstwa, on nie kopiuje tylko ekstrapoluje. Trzeba przyznać, że na tle wszystkich znanych mi apokryfów Holmesowskich wypada wręcz oszałamiająco dobrze. Czyta się to znakomicie, naprawdę rzemiosło najwyższej próby.

    A prawie na samym końcu książki ma miejsce naprawdę niesamowity zwrot akcji – prawdopodobnie jeden z najlepszych wśród tych, z którymi miałem do czynienia (a klasykę kryminału mam dość dobrze przerobioną). Na dodatek jest to twist wręcz bezczelny, sięgający apogeum bezczelności, wytyczający własne jej granice. Nie wierzę, by ktokolwiek był w stanie go przewidzieć. Chociaż zapewne zrobił to jakiś ośmioletni Chińczyk, jeżeli Moriarty’ego już przetłumaczono na chiński. Nie jestem nim jednak, więc po prostu chylę czoła.

     

  • Powracająca magia, czyli Ucząc psa czytać

    uczac psa czytac

    stars10plus

    Tytuł oryginalny: Teaching the Dog to Read

    Tłumaczenie: Jacek Wietecki

    Wydawca: Rebis

    Data wydania: 2015

    Liczba stron: 98


    Nawiązując do sławnego zdania Stephena Kinga, najnowsza pozycja Jonathana Carrolla jest najwyżej jak kilka całusów skradzionych  nieznajomej w ciemności. Nie mam na myśli jednak, że tych niecałych sto stron nie pozwala zbyt głęboko zanurzyć się w świecie przedstawionym. Można nawet powiedzieć, że pisarz nie uległ pokusie, by swoją opowieść wydłużać w nieskończoność. Zresztą sam wydałem do tej pory tylko zbiory opowiadań, więc będę ostatnim, który by ciskał jakieś kamienie.

    Nie jestem rozczarowany, wręcz przeciwnie. W Ucząc psa czytać mamy do czynienia ze starym, dobrym Carrollem z czasów Muzeum psów i Kości księżyca. Magia znów działa – i nie są to, że posłużę się cytatem z tamtych czasów – urocze błyski pochodzące z ukrytych lusterek. Tym razem naprawdę tryskają iskry.

    W swojej głębszej warstwie mamy tu do czynienia z baśnią o męskim odpowiedniku Kopciuszka, któremu nagle zaczynają spełniać się najskrytsze marzenia. Dlaczego tak się dzieje? Nie sposób nie zepsuć tak krótkiej powieści najbardziej nawet zawoalowanym opisem, lepiej chyba zamilknąć. Powiem tylko, że Jonathan Carroll stworzył kolejną opowieść o miłości, ale także i o sile sztuki, czy też zwykłych przedmiotów przemieniających się w niezwykłe symbole (ci, którzy przeczytali, wiedzą, co mam na myśli). Te tematy powracają zresztą w jego twórczości nie po raz pierwszy.

    Jest takie powiedzenie o tym, że starego psa nie nauczysz nowych sztuczek. Przytaczam je celowo – nawiązując do tytułu, ale i do samej twórczości Carrolla. Być może Ucząc psa czytać nie zaskoczy niczym miłośników prozy mieszkającego w Wiedniu Amerykanina, ale czemu ma to robić, skoro autor udowadnia, że wciąż jeszcze pamięta, jak posługiwać się magią słów? Niepokoiły mnie w kilku jego poprzednich książkach wątki paranaukowe – jakby JC chciał za wszelką cenę uwiarygodnić swoje światy, nadać im naukowej treści, opisać nieopisane. Tym razem proporcje są wyważone wręcz idealnie. A i fani bullterierów też znajdą swoich ulubieńców na kartach książki.

    Ten plus przy ocenie tylko wzmacnia moją rekomendację.