Art of Reading
  • Search results for Prószyński i S-ka
  • Pokój dla artysty, czyli trupy w tonacji Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej

    pokojwww

    stars9

    Autorzy: Maria Ulatowska, Jacek Skowroński

    Gatunek: sensacja

    Wydawnictwo: Prószyński i Ska

    Data wydania: 2015

    Liczba stron: 456


    Dwójka zaprzyjaźnionych artystów – choć w tym akurat przypadku przyjaźń jest lubością, a może nawet miłością – zakochuje się w starym pałacyku w Nałęczowie – do tego stopnia, że postanawiają go kupić i przemienić w dom pracy twórczej dla przyjaciół i innych twórców (nazwa zobowiązuje!). Z budynkiem wiążą się jednak pewne tajemnice, przeszłość nie chce dać o sobie zapomnieć i niebawem okazuje się, że kolejni goście przenoszą się różnymi sposobami na tamten świat. Czy komisarz Zawada znany już z poprzedniej książki duetu Maria Ulatowska i Jacek Skowroński odkryje, kto (albo, co?) stoi za wszystkimi tymi zbrodniami?

    Oczywiście, to retoryczne pytanie – mamy w końcu do czynienia z kryminałem. Ale podobnie jak w przypadku Autorki – a może nawet bardziej, jest to zarazem powieść obyczajowa, w której dominują silne emocje, uczucia i zawiedzione nadzieje. Te ostatnie nie dotyczą jednak czytelnika – książka doskonale spełnia wszelkie jego oczekiwania. Tu muszę się przyznać, że nieco obawiałem się tym razem tego połączenia – z jednej strony poezja Marii Pawlikowskiej- Jasnorzewskiej, a z drugiej – spora, nieomal niepoliczalna, liczba zwłok na kartach powieści. Ale moje obawy okazały się płonne – Pokój dla artysty zachowuje swoją spójność.

    Być może z tego właśnie powodu nie jestem pewien autorstwa poszczególnych fragmentów książki. Tylko teoretycznie aspekty kryminalne można przypisać Jackowi Skowrońskiemu, a te obyczajowe – Marii Ulatowskiej. Podejrzewam jednak, że w bardzo wielu przypadkach autorzy zamienili się swoimi tradycyjnymi rolami – być może nawet tych przypadków jest… większość.

    Tym, co mnie najbardziej chyba urzekło, była stopniowa metamorfoza, jakiej autorzy poddali świat przedstawiony – od sielskich obrazków, poprzez stopniowe narastanie nastroju grozy, aż po zakończenie, którego tutaj oczywiście nie zdradzę. Polecam zarówno miłośnikom polskich kryminałów, jak i nieco bardziej poetycznie usposobionym.

  • Para w ruch, bez pary

    paar

    stars7

    Tytuł oryginału: Raising Steam

    Tłumaczenie: Piotr Cholewa

    Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

    Data wydania: 2014

    Liczba stron: 336


    W Ankh-Morpork pojawia się nowy wynalazek – wielka i hałaśliwa machina, wykorzystująca potęgę wszystkich czterech żywiołów: ziemi, powietrza, ognia i wody.Nad wynalazkiem czuwa niejaki pan Simnel, a wszystko spina dobrze znany z poprzednich części cyklu Moist von Lipwig. W tle mamy zaś krasnoludzki terroryzm. Brzmi zachęcająco? No cóż.

    Ostatni tom Świata Dysku wydany za życia Terry’ego Pratchetta jest rozczarowaniem. Nie owijajmy w bawełnę. Gdyby ktokolwiek inny napisał tę książkę, uznałbym ją zapewne za dość udaną opowieść na temat pierwszej kolei żelaznej łączącej miasta w fikcyjnym świecie. Także bohaterowie zostali naszkicowani całkiem ciekawie, fabuła może niezbyt porywająca, ale w momentach, gdy się wlokła niemiłosiernie można było w zamian zaśmiać się raz albo dwa. Ale Vetinari jest cieniem samego siebie, Moist von Lipwig nie przypomina tego ze Świata finansjery, ba! Nawet przesławne Pratchettowskie przypisy są w tej powieści jakąś autoparodią – kiedyś zaskakiwały, teraz zaś uderzają z wdziękiem cepa.

    Czy to efekt postępującej choroby pisarza, czy też zachorował sam Świat Dysku – tracąc swoją karykaturalność, swoją wielobarwność i metaforykę? To jakaś przedziwna historia – im mniej był on podobny do naszego, tym więcej paraleli i nawiązań znajdowały czytelnicze umysły. Im większy był absurd i oddalenie od rzeczywistości, tym bardziej tą rzeczywistość odkrywaliśmy. A w 40. tomie cyklu – ten świat jest już tak bardzo bliski naszemu – poprzez dojrzałość, przez liczne powtórzenia, jest tak bardzo bliski, że stał się nam obcy.

    Dlaczego więc aż 7 na 10 punktów? Jak już wspominałem – nawet jeżeli to tylko cień Pratchetta, to jednak pozostaje cieniem Pratchetta, a nie jakiegoś Johna Smitha. Fani Pratchetta przełkną zapewne nawet tę powieść bez większego bólu. Obiektywnie rzecz ujmując, nie jest ona taka zła. I wbrew wszystkiemu wierzyć mogę, że pośmiertnie wydany tom Świata Dysku, czyli Korona pasterza, nie będzie taki zły. Jego bohaterką ma być ponownie niejaka Tiffany Obolała.

  • W witrynie antykwariatu

    tamte-cudowne-lata

    stars10

    Tytuł: Tamte cudowne lata
    Tłumaczenie: Barbara Jaroszuk
    Tytuł oryginału: La vida cuando era nuestra
    Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
    Data wydania: 21 sierpnia 2014
    Liczba stron: 408


     

    Książka reklamowana jako podobna do Cienia wiatru Zafona ma właściwie zapewnioną wysoką sprzedaż. Ciekawe, czy tę samą marketingową formułę wykorzystano na Półwyspie Iberyjskim – tak czy owak prawa do publikacji powieści Marian Izaguirre Tamte cudowne lata za granicą sprzedano jeszcze zanim sama książka pojawiła się na hiszpańskich witrynach księgarskich. Użyte porównanie jest oczywiście (cóż za niespodzianka!) mylące – można bowiem stwierdzić, że jedynymi rzeczami łączącymi obie pozycje są: traktowanie o książkach i miejsce akcji, którym jest Hiszpania. Poza tym Tamte cudowne lata nie mają w sobie nic z monumentalnego dzieła pisarza z Barcelony. Są opowieścią prostą, a może nawet – zbyt prostą.

    Lola i Matias byli władcami życia – ona tłumaczką, on wziętym wydawcą. A potem wybuchła hiszpańska wojna domowa, w której opowiedzieli się po stronie przegranych. Teraz, po piętnastu latach pozostał jedynie mały antykwariat, na wpół ukryty w jednej ze starych madryckich dzielnic, i sprzedawanie przypadkowym klientom romansów i zapomnianych klasyków. Kupujących jest jednak coraz mniej, zresztą parze antykwariuszy nie zależy chyba na pieniądzach. Pewnego popołudnia roku 1951 do księgarenki przychodzi Alice, starsza Angielka. Z zaciekawieniem ogląda wystawiony na witrynie egzemplarz książki Dziewczyna o włosach jak len, będącej autobiografią nieślubnej córki księcia Ashford. Alice zaprzyjaźnia się z Lolą i wspólnie czytają książkę, zabierając nas do Anglii początków XX wieku i później.

    Mamy więc opowieść w opowieści przeplatającą się z osobistymi losami dwu przyjaciółek. Szkatułkowa formuła nie jest w stanie utrudnić odgadnięcia dość prostej zagadki, którą ukrywa czytana historia. Ale siłą Tamtych cudownych lat nie są nagłe zwroty akcji, zagmatwanie fabuły, czy też tempo. Historia jak baśń snuje się niespiesznie, a my powoli przyglądamy się minionym wydarzeniom. I tu mam skojarzenie – wcale nie z Cieniem wiatru, ale z powieścią Arturo Perez-Reverte’a Mężczyzna, który tańczył tango. Jest tu podobna nostalgia za dawnymi czasami, gdy świat był piękniejszy, chociaż zachowany tylko na czarno-białym slajdzie – ta nostalgia niejako nadaje realności czasowi minionemu. Dla porządku trzeba dodać, że autor Klubu Dumas jednak nieco lepiej włada słowem. Ale różnica na jego korzyść wcale nie jest tak wielka – niektóre frazy Marian Izaguirre porażają pięknem. Jak choćby ten: „Po raz pierwszy całujesz kogoś nie ustami, ale wzrokiem”. Bo to przecież piękna opowieść o miłości i poświęceniu.

    Poza tym ta książka to hołd dla czytelnictwa – bohaterki żyją książkami, cytują je, wracają do ulubionych pisarzy. Jest tu Emily Dickinson, są również Katherine Mansfield i Emily Brontë. A w książce zawartej wewnątrz książki spotkamy Ernesta Hemingwaya, Scotta i Zeldę Fitzgeraldów czy Coco Chanel – pod zaszyfrowanymi nazwiskami. Czytelnik odnajdzie więc w tej lekturze sporo ciekawostek. Ale przede wszystkim chodzi o opowieść o czytaniu, jego sile i ukochaniu książek – a więc lektura obowiązkowa dla każdego bibliofila.