Art of Reading
  • Search results for Novae Res
  • Hyruf i purytanie, czyli Miasto krwi

    miastokrwiWWW

    stars8

    Tytuł: Miasto krwi

    Gatunek: fantasy

    Wydawca: Novae Res

    Data wydania: 2016

    Liczba stron: 334


    Od wielu miesięcy, lat może nawet, gdyż różne są systemy liczenia, trwa wielka kłótnia dotycząca miejsca tzw. vanity press w literaturze. Szczególnie wiele kontrowersji budzi obecność wydawanych za własne pieniądze książek na listach nominacji do różnorakich literackich nagród. Jakiś czas temu wybuchła burza związana z Nagrodą im. Janusza Zajdla, a trochę wcześniej fandom grozy skutecznie się podzielił w kwestii dopuszczania e-booków, ale także i selfpublishingu do stawania w szranki o Nagrodę im. Stefana Grabińskiego. Moja opinia w tej kwestii jest mieszana z naciskiem na „SZ”. Sam proceder jawi mi się raczej negatywnie, ale daleki jestem od potępiania w czambuł wszystkich autorów wybierających tę drogę. Tym bardziej, że może mam sporo szczęścia, ale znajduję wśród tych „wyklętych książek” kolejną godną uwagi.

    Miasto krwi Kamila Dziadkiewicza to w zamyśle autora pierwszy tom wieloczęściowej sagi. Akcja książki toczy się w zwierciadlanym XVII-wiecznym Londynie, który tu zwie się Hyruf. Owo zwierciadło jest nieco krzywe – młody autor celowo zniekształcił niektóre fragmenty miejsca akcji, przez co pewne wydarzenia dzieją się w tej alternatywnej wersji historii nieco wcześniej, inne zaś później. Chodzi jednak o czasy brytyjskiej wojny domowej, Lorda Protektora i jego purytanów. Zresztą, nie jest to w sumie aż tak istotne – ważne, że oglądamy czas rewolucyjnego przełomu. W tym świecie próbuje odnaleźć się główny bohater – kaleki Mulgih Thadur. Przyznam, że duże wrażenie zrobiła na mnie ta postać.

    Bardzo rzadko zdarza się bowiem podobna wolta, jak w przypadku młodego mordercy. W powieści łotrzykowskiej mielibyśmy do czynienia z mitologizacją przestępczej profesji – takiego rozwoju wypadków zresztą oczekiwałem. Tymczasem w grę wchodzi tym razem inny rodzaj opowieści – moralitet. Nasz bohater coraz silniej oddaje się złu, popełnia coraz gorsze rzeczy, by wreszcie stanąć po stronie ewidentnie czarnych bohaterów tej historii, najpierw duchowieństwa, a potem reformacji – przy czym ten ostatni wybór to klasyczny przykład wyboru między dżumą a cholerą.

    W trakcie lektury łatwo poczuć, że autor doskonale się bawił tworząc pełną odniesień historię. Odnajdziemy w niej prawdziwych papieży, ale także i wybitych Jadźwingów, odległe echa wizyty w Brukseli, a nawet nieco wyraźniejszą, niż w naszej wersji dziejów, obecność potomków Wikingów. Mam nadzieję, że kolejne tomy przyniosą nowe gry z czytelnikiem i że wiele wątków, w pierwszym tomie puszczonych samopas, odnajdzie swoje zakończenia. Bardzo solidna to fantasy, niemalże pozbawiona elementów fantastycznych, no i potęgująca moje rozterki – co z tym vanity press?

     

  • Przebudzenia doktora Sørena, czyli kryminał naprawdę fantastyczny

    przebudzenia

    stars10

    Gatunek: fantasy

    Wydawnictwo: Novae Res

    Data wydania: 2013

    Liczba stron: 340


    Ze sporą nieufnością podchodziłem do tej książki. Bo debiut, a więc nieznana autorka, bo wydawca specjalizujący się w przedsięwzięciach spod znaku vanity publishing, wreszcie – bo dość dziwny melanż gatunkowy, a mianowicie fantasy zmieszane z kryminałem. Po lekturze książki Przebudzenia doktora Sørena przyszło mi jednak zrewidować wcześniejsze zastrzeżenia. Magdalena Kempna to wyjątkowo zdolna autorka i mam spore nadzieje, że uda mi się przeczytać jej kolejne książki.

    No to trochę o wspomnianym pomieszaniu gatunkowym. Mamy do czynienia teoretycznie z dość typowym fantasy osadzonym w baśniowym świecie przypominającym czasy Renesansu – i to już pierwsza zaleta, że nie ma odniesień do sztampowych wyobrażeń średniowiecznych. Dalej jednak nie jest już tak typowo – bohaterami są bowiem między innymi detektywi i dziennikarze, a więc postacie ze znacznie bardziej współczesnej epoki. Także medycyna stoi na dość wysokim – jak na realia odrodzenia – poziomie. Do tego mamy intrygi pałacowe, ciekawie poprowadzoną narrację i krwiste postacie, chociaż to określenie ma dosyć dwuznaczne konotacje. Albowiem tytułowy bohater książki czyli doktor Søren jest… półwampirem.

    Doskonale widać też, że Magdalena Kempna zna się na filmach – w końcu jest doktorem filmoznawstwa. Jej powieść jest bardzo filmowa właśnie. Retrospekcje są bardzo plastyczne, a ich montaż – szybki, jeśli miałbym się upierać przy języku kojarzonym z kinematografią. Jak bym to opisał? Przebudzenia doktora Sørena bardzo mi przypominały serial Gra o tron, chociaż elementy erotyzmu zastąpiono niedopowiedzeniem i poetyckim językiem. Ale mimo wszystko, na przekór tym różnicom, coś jest na rzeczy.

    Wejście w bajkowy świat wykreowany przez Magdalenę Kempną nie jest łatwe – odnosiłem wrażenie, jakby autorka testowała na początku cierpliwość czytelników – trochę jak Umberto Eco w Imieniu Róży. To moje drugie skojarzenie literacko-filmowe. Tak, ta książka naprawdę dobrze się kojarzy. Szczerze polecam.

  • Skowyt, czyli ile jest w nas zwierzęcia

    skowyt

    stars8

    Tytuł: Skowyt

    Gatunek: sensacja

    Wydawca: Novae Res

    Data wydania: 2015

    Liczba stron: 280


    Oto doświadczyłem niewygodnej dość sytuacji, że czytam kryminał historyczny, którego akcja ma miejsce za czasów mojego świadomego, a nawet dorosłego życia. Pamiętam magię roku 1989, a przede wszystkim ową ulotność czasu przejściowego. Bo przecież jeszcze przed chwilą był tylko marazm i beznadzieja, mordowano księży, krwawo tłumiono nielegalne demonstracje, a tu nagle mamy naszego premiera, otwierają się nowe możliwości i może „jeszcze będzie przepięknie”. Różnie można oceniać ćwierćwiecze, które później nastąpiło, zresztą nie czas na to, ani miejsce. Wróćmy do roku 1989. Dla bohaterów powieści Skowyt Marka Świerczka był to czas nie tyle magiczny, co raczej dość nerwowy. Coś się bez wątpienia dla nich, przedstawicieli Służby Bezpieczeństwa, kończyło.

    Robert Karski, kapitan SB, obserwuje upadek PRL-u z pewną dozą sarkazmu. Do momentu, gdy dostaje zadanie wytropienia innego oficera bezpieki, który najpierw zniknął z pracy, a następnie zaczął mordować. Tenże esbek-morderca okazuje się cyklicznie przemieniającym się w zwierzę byłym księdzem, który rozkochał w sobie pewną subtelną dziewczynę (nawiązanie do Pięknej i bestii?). Akcja toczy się wartko, pojawiają się kolejne trupy, w tle dzieje się historia. Wraz z rozwojem fabuły poznajemy też stopniowo losy wilkołaka opowiedziane jego własnymi słowami. Z tego opisu można odnieść wrażenie pewnej nadmiarowości użytych środków, lecz wszystko pozostaje dość dobrze zbalansowane.

    Równowaga zdaje się być główną siłą w świecie przedstawionym, chociaż zwykle rozumiemy to pojęcie jako współistnienie sił przeciwstawnych – Dobra i Zła, Światła i Ciemności, Boga i Diabła. W przypadku Skowytu znajdziemy bez wątpienia dychotomię między tym, co ludzkie a tym, co zwierzęce. Linie podziału nie zostały jednak wytyczone zbyt grubymi kreskami. Ile jest zwierzęcia w morderczej bestii wyruszającej na łowy, a ile w esbekach mordujących z zimną krwią księży, pozorujących nieszczęśliwe wypadki, tuszujących zbrodnie we własnych szeregach? Ile pozostaje w nas z człowieka, gdy budujemy swoje życie na filarach kłamstwa, kiedy nosimy na sobie piętno, którego nie zmyje żaden wyrok historii?

    A skoro już zadajemy pytania – jak można było wydać tak dobrą w swych pierwotnych założeniach książkę bez praktycznie żadnej redakcji? Gdzie byli korektorzy czytający maszynopis, czy może księżyc zamienił ich w nieznające zasad polskiej gramatyki stworzenia? Liczba literówek jest naprawdę spora, ale najgorsze, że nikt nie wychwycił kilkudziesięciu błędów logicznych i stylistycznych. Szkoda, wielka szkoda. Mimo wszystko jednak polecam tę książkę – bo zawiera w sobie inną książkę – lepszą, gdyby tylko dać jej szansę.