Art of Reading
  • Search results for Novae Res
  • Kobieta, która wiedziała za mało – czyli o świecie pisarzy

    Autor: Daniel Koziarski

    Gatunek: beletrystyka

    Wydawnictwo: Novae Res

    Data wydania: 2017

    Liczba stron: 374


    Im więcej książek człowiek czyta, tym bardziej docenia ich nieprzewidywalność. Nawet nie chodzi mi w tym przypadku o błyskotliwe zwroty akcji, które w przypadku niektórych pisarzy, takiego Harlana Cobena chociażby, stają się przewidywalne do bólu. Mam na myśli raczej utwory, które każą w trakcie lektury zweryfikować wstępne założenia, które odkrywają nieznane otchłanie pisarskiej wyobraźni. Taką książką jest właśnie Kobieta, która wiedziała za mało Daniela Koziarskiego.

    Zaczyna się rzecz cała jak zwykła powieść obyczajowa z główną bohaterką Marzeną Wierzbą – pisarką specjalizującą się w tzw. prozie kobiecej. Bardzo szybko orientujemy się jednak, że nie mamy do czynienia z typową książką, jakich wiele. Daniel Koziarski przedstawia bowiem swoją bohaterkę jako pretensjonalną prostaczkę, której wydaje się tylko, że umie pisać. Najlepiej widać to we fragmentach, gdy Wierzba puszcza wodze swoich erotycznych fantazji właściwie za każdym razem, gdy spotyka jakiegoś atrakcyjnego mężczyznę. Owe opisy, bardzo dosadne w swym wyuzdaniu, są jednocześnie prawdziwą perłą satyry. Tak, zapewne takie passusy można znaleźć w wielu książkach, bo autorki postanowiły wykorzystać popularność 50 twarzy Greya i stworzyć podobnie głębokie psychologicznie fabuły…

    Kiedy już czytelnik pewnie siedzi w fotelu zaśmiewając się z karykaturalnie przerysowanego światka pisarzy, następuje jeszcze jedna zmiana. Jej charakteru nie zdradzę, ale powiem tylko, że burzy ona dość jednoznaczny przekaz. W tym burzeniu właśnie widzę wielką siłę powieści Daniela Koziarskiego – wszak już Pablo Picasso  powiedział, że „sztuka tworzenia jest sztuką niszczenia”.

    Książkę polecam jeżeli ktoś nie jest jeszcze przekonany, proponuję zapoznać się z wywiadem, jaki przeprowadziłem z autorem. Ten wywiad pojawi się już za 2-3 dni na Art of Reading. Zapraszam awansem!

     

  • Gałęziste – kiedy las jest demonem

    galezistewww

    stars8

    Autor: Artur Urbanowicz

    Gatunek: horror

    Wydawnictwo: Novae Res

    Data wydania: 2015

    Liczba stron: 462


    Ta recenzja jest czymś więcej niż tylko tekstem krytycznoliterackim. Nie, nie zamierzam wcale twierdzić, że to jakieś dzieło sztuki, błyskotliwa tyrada, wręcz utwór literacki par excellence. Ta recenzja jednak to także głos w pewnej toczącej się od kilku lat dyskusji na temat regulaminu pewnej nagrody. Chodzi o Nagrodę Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego. Dodam, że jako dwukrotny jej laureat czuję się upoważniony do upublicznienia swojej opinii. Zasady nominowania utworów wykluczają tymczasem możliwość późniejszego głosowania na utwory (książki i opowiadania) wydane w systemie selfpublishing. I teraz moja opinia – przykład Gałęzistych Artura Urbanowicza jasno dowodzi, że ten przepis jest zbyt rygorystyczny. Powiem więcej – brak możliwości głosowania na tę właśnie powieść to błąd.

    Głównymi bohaterami książki jest dwójka młodych ludzi, którzy stanowić mogą idealny przykład teorii o przyciąganiu przeciwieństw. Studentka psychologii i student matematyki, mocno wierząca katoliczka i ateista – nie mogą (o  dziwo!) się dogadać. Ich związek przeżywa zatem kryzys, a świetnym wyjściem z impasu wydaje się być wspólna wyprawa na Suwalszczyznę. Nic bardziej mylnego – na drodze naszych zakochanych staną nawiedzone lasy, kulty pogańskie i… różne dziwaczne wydarzenia.

    Podobają mi się w tej książce bardzo dobrze naszkicowane postacie, ciekawy pomysł na intrygę (przyznam, że uwielbiam przedchrześcijańskie tropy w literaturze grozy) i naprawdę przerażający nastrój narkotycznej wizji. Nie podoba mi się niestety język – i nawet nie chodzi o to, że jest on nadmiernie stylizowany na mowę potoczną. Chodzi o jego niestaranność, niedopracowanie, niechlujność… Tyle że te wszystkie przywary można zapisać raczej na konto wydawcy, aniżeli samego autora. I tu znów wracamy do natrętnego tematu.

    Przy wszystkich wadach, ta książka i ten autor zasługują, by brać ich pod uwagę w przypadku wyboru lektury, czy nawet nominacji do nagrody literackiej. Przenieśmy się na chwilę do teatru wyobraźni – czy wydany w tradycyjnym wydawnictwie Zdzisław Leon Kociamber byłby lepszym pisarzem od, dajmy na to, Julio Cortazara, który przez przypadek wydał swój debiut w vanity press? To hipotetyczna zupełnie sytuacja, ale czy naprawdę kapituła czcigodnej nagrody nie potrafiłaby odróżnić prozy pierwszego z wymienionych panów od drugiego? Wiadomo w końcu, że w skład jury wchodzą fachowcy, którzy powinni docenić dobrą grozę, bez względu na to, przez kogo została wydana. Taka refleksja, a Gałęziste polecam.

  • Hyruf i purytanie, czyli Miasto krwi

    miastokrwiWWW

    stars8

    Tytuł: Miasto krwi

    Gatunek: fantasy

    Wydawca: Novae Res

    Data wydania: 2016

    Liczba stron: 334


    Od wielu miesięcy, lat może nawet, gdyż różne są systemy liczenia, trwa wielka kłótnia dotycząca miejsca tzw. vanity press w literaturze. Szczególnie wiele kontrowersji budzi obecność wydawanych za własne pieniądze książek na listach nominacji do różnorakich literackich nagród. Jakiś czas temu wybuchła burza związana z Nagrodą im. Janusza Zajdla, a trochę wcześniej fandom grozy skutecznie się podzielił w kwestii dopuszczania e-booków, ale także i selfpublishingu do stawania w szranki o Nagrodę im. Stefana Grabińskiego. Moja opinia w tej kwestii jest mieszana z naciskiem na „SZ”. Sam proceder jawi mi się raczej negatywnie, ale daleki jestem od potępiania w czambuł wszystkich autorów wybierających tę drogę. Tym bardziej, że może mam sporo szczęścia, ale znajduję wśród tych „wyklętych książek” kolejną godną uwagi.

    Miasto krwi Kamila Dziadkiewicza to w zamyśle autora pierwszy tom wieloczęściowej sagi. Akcja książki toczy się w zwierciadlanym XVII-wiecznym Londynie, który tu zwie się Hyruf. Owo zwierciadło jest nieco krzywe – młody autor celowo zniekształcił niektóre fragmenty miejsca akcji, przez co pewne wydarzenia dzieją się w tej alternatywnej wersji historii nieco wcześniej, inne zaś później. Chodzi jednak o czasy brytyjskiej wojny domowej, Lorda Protektora i jego purytanów. Zresztą, nie jest to w sumie aż tak istotne – ważne, że oglądamy czas rewolucyjnego przełomu. W tym świecie próbuje odnaleźć się główny bohater – kaleki Mulgih Thadur. Przyznam, że duże wrażenie zrobiła na mnie ta postać.

    Bardzo rzadko zdarza się bowiem podobna wolta, jak w przypadku młodego mordercy. W powieści łotrzykowskiej mielibyśmy do czynienia z mitologizacją przestępczej profesji – takiego rozwoju wypadków zresztą oczekiwałem. Tymczasem w grę wchodzi tym razem inny rodzaj opowieści – moralitet. Nasz bohater coraz silniej oddaje się złu, popełnia coraz gorsze rzeczy, by wreszcie stanąć po stronie ewidentnie czarnych bohaterów tej historii, najpierw duchowieństwa, a potem reformacji – przy czym ten ostatni wybór to klasyczny przykład wyboru między dżumą a cholerą.

    W trakcie lektury łatwo poczuć, że autor doskonale się bawił tworząc pełną odniesień historię. Odnajdziemy w niej prawdziwych papieży, ale także i wybitych Jadźwingów, odległe echa wizyty w Brukseli, a nawet nieco wyraźniejszą, niż w naszej wersji dziejów, obecność potomków Wikingów. Mam nadzieję, że kolejne tomy przyniosą nowe gry z czytelnikiem i że wiele wątków, w pierwszym tomie puszczonych samopas, odnajdzie swoje zakończenia. Bardzo solidna to fantasy, niemalże pozbawiona elementów fantastycznych, no i potęgująca moje rozterki – co z tym vanity press?