Art of Reading
  • Search results for Mark Z. Danielewski
  • Labirynty miłości, czyli Dom z liści

    domzlisciwww

    stars10plus

    Tytuł oryginału: House of Leaves

    Tłumaczenie: Wojciech Szypuła

    Gatunek: horror

    Wydawca: Wydawnictwo MAG

    Data wydania: 2016

    Liczba stron: ok. 827


    Tej książki zapewne nie da się porównać z żadną inną, więc siłą rzeczy będzie ona najlepsza w swej kategorii. Ale nawet poza światem etykietek i szufladek, zupełnie abstrahując od niezwykłej formy, Dom z liści pozostaje książką wybitną. Żeby się o tym przekonać, wystarczy posłuchać kilkuzdaniowego streszczenia.domzlisci1

    Mamy więc opowieść pewnego fotoreportera, Willa Navidsona, który z żoną i dwójką dzieci przenosi się do nowego domu gdzieś w Virginii. Okazuje się, że wewnętrzne wymiary budynku przekraczają zewnętrzne, a wkrótce potem ujawnia się tajemniczy korytarz. Droga wiedzie głęboko do wnętrza Ziemi, a my uczestniczymy w tej podróży wraz z bohaterami. Brzmi dość schematycznie? Tak, ale tej opowieści nie poznajemy w wersji narratora pierwszoosobowego lub wszechwiedzącego trzecioosobowego. Jest ona treścią pewnego filmu, który zafascynował niejakiego Zampano. Notabene, Zampano owego filmu nigdy nie widział, gdyż był ślepy i umarł. Pozostawił jednak po sobie mnóstwo notatek, zdjęć, krytycznych uwag na temat wspomnianego wcześniej filmu, analizowanego scena po scenie. Praca obfituje w mnogość przypisów oraz przypisów do przypisów. Właśnie te notatki czytamy, ale zostały one wcześniej zredagowane przez niejakiego Johnny’ego Wagabundę – on zresztą uzupełnił ją o własne przypisy, w których snuje równoległą, kompletnie niepowiązaną z główną treścią fabułę (czy aby na pewno?). Johnny Wagabunda nie jest zbyt wiarygodnym współnarratorem – zdecydowaną większość czasu spędza zażywając narkotyki i zaliczając kolejne kobiety. Ale, ale… kolejna szkatułka! Bo ostatecznym narratorem są tajemniczy Wydawcy, którzy zebrali spuściznę po Johnnym, mimo że nigdy go nie spotkali.photoscan

    To osie fabuły, ale w Domu z liści ważna jest sama forma – układ linijek, zmieniające się czcionki, dziwne przekreślenia. Książka jest labiryntem i zagadką do rozszyfrowania, zagłębiamy się w nią niczym w podziemia domu Navidsona. Tak naprawdę, jest to opowieść o miłości i odnajdywaniu własnego przeznaczenia. Przejmujące są dodatki – nie wiemy, czy mamy do czynienia z całością opowieści, czy z jakąś jej wynaturzoną wersją.

    Można by rzec – niepotrzebnie skomplikowana opowieść, forma ważniejsza od treści, eksperyment formalny. A jednak jest w tej książce iskra geniuszu – wypatrzyłem ją w ciemnościach rozwijających się korytarzy, w spirali schodów, które nigdy się nie kończą.