Art of Reading
  • Search results for Japonia
  • Juwenilia trzydziestolatka

    sluchaj-piesni-wiatru-flipper-roku-1973

    stars8

    Tytuł oryginału: 風の歌を聴け. 1973年のピンボール

    Tłumaczenie: Anna Zielińska Elliott

    Wydawnictwo: Muza

    Data wydania: 2014

    Liczba stron: 320


    Trudno mi oprzeć się refleksji, jak wiele zależy w naszym życiu od czystego przypadku. Weźmy takiego Harukiego Murakamiego – w wieku 30 lat napisał powieść Słuchaj pieśni wiatru, wysłał ją na konkurs literacki i zdobył główną nagrodę. Jurorzy musieli dostrzec w niej potencjał, który rozkwitnie dopiero w kolejnych dziełach. A jednak japoński pisarz nie lubi swojego debiutu – dość rzec, że polskie wydanie (wspólne z drugą powieścią – Flipper roku 1973) to dopiero czwarty przekład – po ponad 30 latach, a wcześniej poznali go tylko Japończycy, Koreańczycy oraz Rosjanie.

    Przyznam, że ja sam tego potencjału nie umiałbym chyba dostrzec. Słuchaj pieśni wiatru to dla mnie taka powieść „bez właściwości”. Stylistyczna charakterystyka typowa dla Japończyka dopiero tu raczkuje, niesamowite pomysły są dopiero w stadium larwalnym. A z drugiej strony jestem pod olbrzymim wrażeniem postępu pisarskiego, jakiego dokonał Murakami między 1979 a 1980 rokiem. Bo Flipper roku 1973 to z kolei powieść zaskakująco dojrzała.

    Fabularnie oba utwory stanowią niejako wstęp i rozwinięcie. Zdaje się, jakby pierwszy z nich był swoistym przedstawieniem bohaterów, a poniekąd również i samego autora. Teoretycznie w tej książce niewiele się dzieje, a jednak dużo się wydarza. To opowieść, którą Murakami będzie snuł w swoich późniejszych książkach – o samotności w tłumie, o anonimowości, o przemijaniu. Słuchaj pieśni wiatru jest trochę chaotyczne ze względu na sposób, w jaki powieść powstawała – notowana fragmentami podczas pracy w barze, bez zarysu fabularnego, trochę na zasadzie mozaiki. We Flipperze roku 1973, kiedy autor poddał swoje pisanie większemu rygorowi nagle wszystko się dopełnia. Jakby Murakami zaufał bez reszty swojej wyobraźni. I nagle pojawiają się tajemnicze bliźniaczki, telefoniczna łącznica i last but not least magiczny flipper Spaceship.

    Jak wiele zależy w naszym życiu od czystego przypadku. Muszę tu zdobyć się na odrobinę osobistej refleksji – czekałem wiele lat na te książki. To naprawdę wspaniale, że się ukazały, nie tylko dlatego, że na półce stanęła pełna bibliografia. Jest w tych książkach zalążek magii, możemy doświadczyć jej narodzin, a chyba każdy przyzna, że to wyjątkowa i niepowtarzalna okazja.

     

  • Manazuru, czyli duchy szaleństwa

    Manazuru Hiromi KawakamWWWi

    stars9

    Tytuł: Manazuru

    Autor: Hiromi Kawakami

    Tłumaczenie: Barbara Słomka

    Wydawnictwo: Karakter

    Data wydania: 5 maja 2011

    Liczba stron: 260


     

    Podobno powieść Manazuru Japonki Hiromi Kawakami nie jest zbyt reprezentatywna dla całości jej twórczości. Nie zamierzam tu odgrywać wszechwiedzącego krytyka, ale jako że nie zweryfikowałem tego przypuszczenia osobiście, tylko je przytaczam. Taki był zresztą od początku mój zamiar – wejście w twórczość Kawakami bez uprzedzeń, oczekiwań i drogowskazów. Przeniosłem się do efemerydy przesiąkniętej zapachem kwiatów wiśni, ulotnej jak taniec żurawia we mgle, nieuchwytnej jak haiku. Zanurzyłem się w świat zjaw i zjawisk nadprzyrodzonych, niewytłumaczalnych racjonalnie zdarzeń i postępującego szaleństwa, gdzie skłaniająca do kontemplacji przestrzeń zewnętrzna wpływa na to, co w głębi, w nas samych. Gdybym usłyszał w tym odurzeniu prośbę o zamknięcie treści Manazuru w jednej frazie, to określiłbym ten utwór mianem niedorzecznym na pierwszy rzut oka, a jednak chyba trafnym: to na wskroś realistyczna powieść o duchach.

    Głowna bohaterka książki, Kei, mieszka w Tokio ze swoją matką oraz dojrzewającą córką, Momo. Dwanaście lat temu mąż Kei zaginął i od tamtej pory nie daje znaku życia. Pewnego dnia Kei znajduje w dzienniku swojego zaginionego ukochanego słowo „Manazuru”, które wywołuje w niej bardzo osobliwą reakcję – może dlatego, że nigdy wcześniej go nie dostrzegła, mimo że wertowała te zapiski całymi latami? Kobieta wyrusza zatem do nadmorskiej miejscowości Manazuru, ale wyprawa ma na celu nawet nie tyle odnalezienie potencjalnego śladu męża, ile odzyskanie władzy nad sobą samą.

    Manazuru znajduje się w prefekturze Kanagawa, na wschodnim wybrzeżu wyspy Honsiu na południe od Tokio. W powieści Kawakami nabiera ono jednak mocno fantastycznego charakteru – staje się simulacrum, w którym świat realny spotyka się z miejscem wyśnionym, czy może raczej urojonym. W tej przestrzeni mieszają się ze sobą widma i wyparte ze świadomości wspomnienia. Już sama konstrukcja tej krainy zawieszona jest na przęsłach z dymu, wysnuta niejako z mgły niedopowiedzeń i nieprzemijalności. A może to tylko zmysły Kei ulegają wyostrzeniu? Kobieta wielokrotnie powraca do Manazuru, za każdym razem odnajdując strzępki własnej pamięci. Towarzyszy jej zazwyczaj dziwna kobieta-widmo, raz będąca tylko cieniem i konturem, by nagle przybrać realny kształt. W tym ujęciu tajemnicza zjawa zmienia się w personifikację szaleństwa, w jakie popada główna bohaterka. Na pewnym poziomie powieść można bowiem odczytać jako weryczny opis obłąkania – fantastyczne odnośniki są być może jedynie sztafażem, a nie szkieletem, na którym wspiera się konstrukcja dzieła.

    Kawakami skupia się albowiem na szczegółach, nawet miraże opisywane są z fotograficzną dokładnością. Jakby liczyło się każde wypowiedziane słowo, a każdy gest zawierał w sobie otchłanie znaczeń – może zresztą rzeczywiście tak jest. W trakcie podróży po wewnętrznym świecie obłędu Kei dokładnie analizuje swoje wspomnienia, dokonuje wręcz wiwisekcji własnych uczuć i doznań. W tej materii na znaczeniu zyskuje nie tyle introwertyczna wędrówka, co raczej mocno osadzone w metakontekście realia – stosunki z dorastającą córką i matką, z żonatym kochankiem, czy wreszcie z własną seksualnością. Powieść epatuje erotyzmem, bez popadania w pornografię, ale wiodąc czytelnika w kierunku świata ułudy (patrz Imperium zmysłów, albo twórczość Jun’ichirō Tanizakiego). Jakże to japońskie spojrzenie na świat…

    Rozedrganie emocjonalne bohaterki znajduje swoje odzwierciedlenie w samej strukturze książki Wątki urywają się nagle, przechodzą jeden w drugi, przy przewidywalnym złamaniu reguły miejsca i czasu. W pewnym momencie gubimy się w tym labiryncie zdań, nie wiemy, co jest prawdziwą retrospekcją, a co igraszką pamięci, albo nawet oszustwem. Na ile na przykład scena, w której Kei zabija męża, jest zapisem autentycznego aktu, a na ile ledwie dość czytelną symboliką przerwania więzi emocjonalnej? Akcja rwie się, ulega nagłym przeskokom lub zmianom tempa, niczym jazzowa improwizacja. Podobnie zachwiany jest nawet rytm dialogów, niektóre wypowiedzi pozostają niewyodrębnione lub zdeformowane. Być może także w tym zwierciadle odbija się postępujące załamanie psychiczne bohaterki tracącej stopniowo kontakt z rzeczywistością. A może dopuśćmy nieco odmienną interpretację – słowa ważą tyle, co ich kontekst, niekiedy są tylko szumem na granicy słyszalności?

    Pisarka posługuje się oszczędnymi formami wyrazu, jej zdania rzadko bywają rozbudowane, kontrastując nieco ze światem przedstawionym powieści. Znów narzucają się skojarzenia z kulturą Japonii, z wierszami haiku (często nieprzekładalnymi ze względu na kod hermeneutyczny). Tu można zresztą pokusić się o refleksję – jaką frazą tak naprawdę śnimy? Rozbuchanym słowotokiem monologów wewnętrznych, jakimś strumieniem świadomości, czy właśnie raczej punktujemy tylko obrazy wyświetlone pod powiekami? Podobno nasze sny są w rzeczywistości pozbawione barw, tylko szaleńcy śnią kolorowo. Może analogicznie jest ze składnią zdań opisujących nasze marzenia senne na modłę agencyjnych komunikatów?

    W subtelnym zawieszeniu rozgrywa się zatem swoisty dramat, który sprowadzić można do psychodelicznego zobrazowania schizofrenii, ale oczywiście byłaby to nadmierna symplifikacja. Kontrapunktem dla opowieści o szaleństwie są przecież rozważania na temat migawkowości i nietrwałości ludzkiej pamięci. W tle pobrzmiewają także melodie zdrady, śmierci, czy wreszcie samotności. W tym ostatnim rysie sporo podobieństw do prozy Harukiego Murakamiego, tu oczywiście czyniąc stosowne zastrzeżenia. U Kawakami nie znajdziemy nieznośnego sentymentalizmu ani prostych schematów schlebiających gustom pośledniejszym. Ta proza sięga głębiej – czytelnik naprawdę widzi ptaki i kwiaty, a na jego twarzy rzeczywiście kładą się cienie. W trakcie lektury można poCZUĆ i współCZUĆ, popaść w rozpacz albo wręcz w szaleństwo – przynajmniej w chwili, gdy pochylamy się nad książką. Niech powyższe zdanie zostanie odczytane jako konieczne ostrzeżenie.

    (recenzja ukazała się w kwartalniku literacko-kulturalnym „eleWator” nr 9 (3/2014)