Art of Reading
  • Search results for Izrael
  • Sayed Kashua – Arab w Izraelu

    Sayed Kashua urodził się w 1975 w Tirze. Jest izraelskim pisarzem pochodzenia arabskiego i dziennikarzem. Pisze w języku hebrajskim. Ukończył prestiżową szkołę średnią w Jerozolimie, następnie studiował filozofię i socjologię na Uniwersytecie Hebrajskim. Jest twórcą nagradzanego sitcomu „Avoda Aravit”, którego bohaterami są młodzi arabscy małżonkowie mieszkający w osiedlu pod Jerozolimą. Również w swoich utworach prozatorskich, m.in. zbiorze opowiadań Arabowie tańczą i powieści Druga osoba liczby pojedynczej podejmuje temat arabskiej tożsamości w Izraelu, kraju w którym Arabowie, chrześcijanie i muzułmanie, pozostają obywatelami drugiej kategorii, jednak mogą się cieszyć częścią praw i względnym dobrobytem. W 2004 został nagrodzony Literacką Nagrodą Premiera. Jest felietonistą dziennika Haaretz. Od 2014 wykłada na University of Chicago.

    BIBLIOGRAFIA

    Arabowie tańczą (2002; jako Said Kaszua)

    Druga osoba liczby pojedynczej (2010)

     

    źródło: Wikipedia

  • Druga osoba liczby pojedynczej, czyli arabska wiosna

    druga

    stars10

    Tytuł oryginału: Second Person Singular

    Tłumaczenie z angielskiego: Marta Fita-Czuchnowska

    Gatunek: beletrystyka

    Wydawca: Filo

    Data wydania: 2015

    Liczba stron: 416


    Kompleks niższości bywa potężną siłą, która decyduje o naszym życiu – w tym również niestety moim, a to może tłumaczyć poniekąd, czemu tak mocno poruszyła mnie powieść Sayeda Kashuy, Araba mieszkającego w Izraelu. Przez krótki czas myślałem nawet, że Druga osoba liczby pojedynczej jest jedną z najbardziej pesymistycznych książek, jakie ostatnio czytałem; to wrażenie zmieniło się po lekturze innej pozycji, którą także niebawem zrecenzuję. A czemu kompleks niższości właśnie? Bo Arabowie są w Tel Avivie i okolicach obywatelami zdecydowanie drugiej kategorii. Dowodzą tego splecione ze sobą losy bohaterów powieści – pewnego nieznanego z imienia i nazwiska Prawnika (czyżby bohater zbiorowy?) oraz młodego pracownika socjalnego, który zajmuje się sparaliżowanym rówieśnikiem – Żydem. Okazuje się, że zarówno adept prawa z ugruntowaną pozycją zawodową, jak i opiekun niepełnosprawnego Jonatana czują się z różnych powodów gorsi od innych.

    Siłę kompleksu Prawnika pokazuje jego hobby – czytanie literatury klasycznej, które stanowi odskocznię od rzeczywistości i jednoczesny sposób na poprawę własnego samopoczucia. Przynajmniej do momentu, w którym znajduje w pewnym antykwariacie egzemplarz Sonaty Kreutzerowskiej Lwa Tołstoja, z listem miłosnym między kartkami. Ów list, co Prawnik z przerażeniem odkrywa, jest napisany charakterem pisma jego żony. Z kolei Amir Lahab, czyli nasz pracownik socjalny, pod każdym względem podobny do inwalidy, którym się zajmuje, w pewnym momencie przejmuje jego tożsamość, by doświadczyć bycia kimś w swojej opinii lepszym.

    Wiele wątków jest tu znaczących – wybór lektur, fotografii, dyskusje o społecznych stosunkach panujących w Izraelu – wszystko to tworzy jedyną w swoim rodzaju mieszankę liryzmu i humoru. Pisarz wymyślił rzecz dosyć przewrotną – mimo chwilami nieprzyjemnych wydarzeń spotykających naszych bohaterów, czytelnik odczuwa wobec nich pewien kompleks wyższości wywołujący uśmiech politowania. Zupełnie jakbyśmy przejmowali sposób myślenia bohaterów i ich własne ograniczenia.

    A jest to napisane naprawdę znakomicie – przywołując pewne skojarzenia z francuskimi mistrzami takimi, jak Georges Perec i Boris Vian. Tak silne, że niemalże nie do odróżnienia. I to chyba najlepsze podsumowanie.

  • Absurd w cieniu bomb

    Ludzie wolą tonąć w morzu Leore Dayan

    stars9

    Autor: Leore Dayan
    Tytuł: Ludzie wolą tonąć w morzu
    Wydawnictwo: FILO
    Data wydania: 15 lutego 2014
    Liczba stron: 240

    Istnieje specyficzna perspektywa narodu i geografii – nawet translacja nie jest w stanie jej zatrzeć. Ona sprawia, że książki pisane w jednym języku łączy coś więcej, niż tylko wspólnota fleksji i ortografii. Jakieś tajemne pobrzmiewanie tonów, podświadome, a może i nadświadome nagromadzenie podobieństw, silna spójnia i jedność. Można to nazwać na różne sposoby – literacką tożsamością, idiomatyką wyobraźni, katalogizacją odbywającą się na poziomie elementarnych cząstek języka. To tłumaczy, czemu opowiadania zawarte w tomie Ludzie wolą tonąć w morzu młodego izraelskiego prozaika Leore Dayana przywołują na myśl znacznie starszego Amosa Oza i reprezentującego tę samą generację Etgara Kereta. Jakby każdy z nich niósł w swoim genotypie dzieje narodu wybranego, holocaust, wojnę w strefie Gazy, obowiązkową służbę wojskową i pęd ku nowoczesności.

    Te opowiadania są w swojej formie dwoiste – z jednej strony w dość oczywisty sposób transparentne, z drugiej zaś ukazują nam świat przefiltrowany przez specyficzne widzenie autora. Izraelską rzeczywistość przedstawia w sposób surrealistyczny – być może to jedyna możliwa postawa – nie tylko polityczna, ale i artystyczna. Wypada w tym miejscu przypomnieć refleksję Eugene’a Ionesco, który pisał: „Absurd to coś, co jest pozbawione celu. Kiedy człowiek współczesny traci przekonanie pierwotnego jeszcze prereligijnego i premetafizycznego lub transcendentalnego myślenia, wtedy jest zagubiony, a jego działanie staje się absurdalne”. W tym sensie, gdy stoimy na pustej scenie świata i kwestionujemy nie tylko realność otoczenia, ale i samego siebie. W otwierającym zbiór utworze jego bohater jest przekonany, że dentysta wszczepił mu do zęba kamerę. Postanawia więc zachowywać się w sposób dalece odmienny od szablonowego – udaje geja, wybiera się na odczyt do hotelu… W innym opowiadaniu specjalista od wind ginie… na ruchomych schodach. Zaiste jest tu absurd w stylu wręcz egzystencjalnym – jak u Camusa, który skarżył się na niewspółmierność „pomiędzy aktorem a jego dekoracją”. A może to znak naszych czasów – że oto owa niewspółmierność stała się jednostką miary?

    Mamy też do czynienia z zaburzeniem zwykłych ludzkich reakcji. Taka sytuacja ma miejsce w jednym z opowiadań, którego bohaterem jest niejaki Szlomi Dror. Jego przyjaciel – Dudi Gabrieli to człowiek pełen wad, które coraz bardziej irytują naszego protagonistę. Gdy więc denerwujący druh w absurdalny (sic!) sposób ginie na przejściu dla pieszych, pierwszym odruchem obserwującego wypadek Szlomiego jest zatelefonowanie do kumpla i nagranie mu się na poczcie głosowej. Jest w tym jakaś bezradność, ale i wyrachowanie zarazem przypominające zachowanie reportera wojennego robiącego zdjęcia umierającym ludziom, zamiast nieść im pomoc. Znów znak naszych czasów, w których łatwiej komunikować się za pomocą komórki, internetu, czatu, bo zwykła rozmowa trąci jakimś dziwacznym archaizmem. Okazuje się nawet, że rozmowa z zaświatami za pośrednictwem nowoczesnych technologii może stanowić ciekawe z socjologicznego punktu widzenia doświadczenie.

    Dość symptomatyczna wydaje się również opowieść o żołnierzu R. z Jednostki Utrzymania Balonu. Wzmiankowany balon wisi sobie nad jednostką wojskową w pewnym miejscu gdzieś w Izraelu, a jego podniebna obecność wydaje się niezmiernie ważna z punktu widzenia obronności kraju. Owa niedookreśloność stanowi pokłosie tajemnicy wojskowej – nikt właściwie nie ogarnia prawdziwego znaczenia unoszącego się w powietrzu obiektu. Balon jest symbolem królestwa absurdów, jakim jest armia – zarazem pokazuje stosunek autora do ideologii wojennej. Dajan nie jest otwartym kontestatorem izraelskiej rzeczywistości. Pytania, które zadaje w swojej twórczości, mają charakter raczej egzystencjalny, czy może uniwersalny. Takim tematem jest więc demokracja i sprawiedliwość widziane w kontekście społeczeństwa, które nieustannie staje przed wyzwaniami w swoim narodowym bycie. Granica cienka, a przecież istniejąca, jak między zadowoleniem a ukontentowaniem.

    Jest jeszcze jeden aspekt tej prozy warty podniesienia – sposób, w jaki sytuacje z pozoru banalne i powszednie zmieniają się w ekstremalne, jak za dotknięciem przycisku w windzie. W tym sensie opowiadania Dayana mają w sobie rys afektywno-dwubiegunowy. Za chwilą zachwytu zawsze czai się nieubłaganie depresja. Zdaje się ona targać bohaterami, którzy cierpią na brak umiejętności mimetycznych – zupełnie jakby wszyscy byli postaciami z ostatniego, tytułowego opowiadania rozgrywającego się w szpitalu psychiatrycznym. Sytuacji nie ratuje wcale poczucie humoru autora – śmiech jest tu dysfunkcjonalny. Rzecz jasna, można te opowiadania odbierać na nieco płytszym poziomie – wówczas zapewne ich odbiór będzie diametralnie odmienny, co też stanowi o wyjątkowości pióra wnuka izraelskiego ministra obrony. Nie zapominajmy też o lekkości, która może być przy głębszym zastanowieniu sporym ciężarem. Właśnie w ten sposób Leore Dayan snuje swoje abstrakcyjne, niepozbawione jednak głębszego, ogólnoludzkiego sensu, historie.

    I taka bywa też współczesna proza izraelska – pogodzona z demonami przeszłości, ale wywołująca duchy współczesnych lęków. Tych, które wkładają na twarze zupełnie nowe maski, lecz przecież w teatrze ludzkich dziejów są od dawna obecne. Ich istnienie przynależy bowiem do kategorii długiego trwania w znaczeniu odpowiednim do kontekstu historycznego – a zatem w różnych epokach i sytuacjach. I nie jest jedynie izraelską specyfiką – przynależy wręcz do zasobu strachów uniwersalnych.