Art of Reading
  • Search results for horror
  • Polskie upiory tak bardzo polskie

    Autor: Piotr Borowiec

    Gatunek: horror

    Wydawca: Gmork

    Data wydania: 2018

    Liczba stron: 322


    Tytuł drugiego zbioru opowiadań Piotra Borowca jest w zasadzie bytem samowyjaśniającym się, czyli w praktyce rezygnującym z wyjaśnienia kontekstualnego. Tyle że na pewnym poziomie nie istnieją wcale takie przedziwne przypadki. Bo czymże właściwie jest rzeczony upiór i na czym zasadza się rozróżnienie między tą istotą a duchem, widmem lub zjawą? Odnoszę wrażenie, że różnica jest tylko semantyczna – upiory to dusze pokutujące, które muszą wyrównać swe rachunki ze światem żywych, co wiąże się zwykle z wyrządzeniem krzywdy (często fizycznej). Duchy czy zjawy wydają się być mniej materialne – a przez to dysponują znacznie skromniejszym arsenałem, ograniczającym się właściwie do samego straszenia. Tak zdefiniowane tytułowe upiory wydają się odpowiadać intencji autora.

    A czemu polskie? Och, jesteśmy w końcu narodem z nieskończonym rachunkiem nieodpłaconych krzywd. Polacy są krzywdzeni średnio 300 razy na dobę – i nieważne, że najczęściej tylko we własnym mniemaniu. Przy takiej sumie krzywd polskie upiory muszą być po prostu potężne. I chyba rzeczywiście są. Wystarczy spojrzeć, jakże bogaty jest u nas repertuar tzw. upiorów przeszłości. Antysemityzm, zdrady narodowe i te inne, pomniejsze, przegrane wojny i pogrzebane sojusze, białe plamy, które dziś każdy zapełnia swoimi ulubionymi kolorami. Do tego alkoholizm, przymierzane cudze „gęby” i jakaś uczuciowa nieokrzepłość. Większość z nich znajdziemy między wierszami opowiadań Piotra Borowca.

    Pisarz zdecydowanie podąża swoją ścieżką wytyczoną przez Wszystkie białe damy, a drugi zbiór jest chyba jeszcze dojrzalszy. Tu nie znajdziemy żadnych elementów dopasowanych na siłę – warstwa fabularna idealnie dopowiada wszystko to, co toczy się pod powierzchnią. W każdym z opowiadań powtarza się wprawdzie schemat zemsty zza grobu, ale za każdym razem rozgrywany jest nieco inaczej. Przy okazji obrywa się nieuczciwym politykom, prawnikom, przedsiębiorcom pogrzebowym i zwykłym biznesmenom. Taka jest właśnie Polska, na którą często patrzymy, ale rzadko umiemy ją dostrzec tak wyraźnie, jak Piotr Borowiec.

    A teraz, na koniec, zastanów się drogi czytelniku – ile osób skrzywdziłeś w sposób świadomy lub nie, w całym swoim życiu. Może niektóre z twoich ofiar umarły? A teraz wyjrzyj za okno – i nieważne, że jest ciemno, bo na pewno coś dostrzeżesz. Widzisz? A może upierasz się, że mrok pozostaje nieprzenikniony, a ty żyłeś w zgodzie z etyką, z religią, z zasadami przyzwoitości? Spójrz jeszcze przez chwilę…

  • Nieprawdziwe miejsca, czyli Przeczywistość Marka Zychli

    Autor: Marek Zychla

    Gatunek: horror

    Wydawnictwo: Gmork

    Data wydania: 11 grudnia 2017 r.

    Liczba stron: 280


    Z prozą Marka Zychli zawsze mam ten sam problem. Jest ona tak bardzo oryginalna, że wymyka się nie tylko wszelkim szufladkom i etykietkom, ale również zwyczajnym standardom oceny. Niczym na palecie malarza – przeciwstawne barwy łączą się w kolor niepodobny do żadnej z pierwotnych części składowych. Przypomina to też pewną starą zabawę pisarską, w której padają zupełnie losowe pomysły, a zadaniem graczy jest idealne ich połączenie. A może tak właśnie się u Marka Zychli zaczęło? Może ktoś powiedział mu – weź stare horrory Łukasza Orbitowskiego i połącz je z irlandzką mitologią. Dasz radę? A Marek Zychla na to – potrzymaj piwo…

    Żarty żartami, ale jednak wypada podjąć się przynajmniej próby krytycznego spojrzenia. Przede wszystkim, każde z zamieszczonych w zbiorze Przeczywistość ośmiu opowiadań zaskakuje. To nie są teksty pisane podług jednego schematu, wykorzystujące nietypowe zderzenie różnorodnych światów. Być może jedyną cechą wspólną zebranych utworów jest leitmotiv „krzywego zwierciadła” ukazującego naszą przeczy-wistość. Czego tu nie ma? Postapo, opowieść o ataku zombie, groteskowa baśń, a nawet (dość odległe, lecz jednak!) nawiązanie do Folwarku zwierzęcego George’a Orwella. Za każdym jednak razem otrzymujemy też garść gorzkich refleksji na temat współczesności – blokowisk ukrywających mroczne sekrety „zwyczajnych” ludzi, tęsknoty za własnym miejscem w realiach spętanych przez konsumpcjonizm, zmierzchu starych religii.

    Styl Marka Zychli nie jest galopadą błyskotliwych bon motów, ale daleko mu również do filozoficznych dywagacji upstrzonych niezrozumiałymi definicjami. Jest, cóż, specyficzny. Trzeba się do niego dość długo przyzwyczajać, ale w pewny momencie staje się całkowicie przezroczysty – i nagle czytelnik spostrzega, że „mówi i myśli Zychlą”. To chyba duży komplement dla autora, gdy słyszy, że wykształcił całkowicie oryginalny język dyskursu. Tak właśnie rzeczy się mają z Twoim pisaniem, Marku! Brawo! Jednak dokładając nieco dziegciu – chwilami można odnieść wrażenie, że ta stylistyka niejako piętnuje wszystko inne, włącznie z treścią. Rozwiązania fabularne stają się wtedy chyba zbyt udziwnione…

    Warto też jednak zauważyć, że całość zbioru została bardzo dobrze przemyślana – poszczególne teksty wchodzą ze sobą w dyskusję – niewątpliwie pomocne są tu krótkie wprowadzenia między utworami. Duży plus również za redakcję i za naprawdę cudowną okładkę. Czekamy zatem na kolejne wydawnictwa z Wydawnictwa Gmork!

  • Angry ghost, czyli penny dreadfuls w XXI wieku

    Autor: Peter Spokes

    Gatunek: horror

    Wydawca: Troubador Books Publishing

    Data wydania: 28 lutego 2018 r.

    Liczba stron: 540


    Od czego by tu zacząć? Może od tego, że The Angry Ghost and Other Stories to najdłużej czytana przeze mnie książka od 2005 roku, czyli od momentu, gdy zacząłem zapisywać takie rzeczy (naprawdę to robię!). W tym miejscu muszę zapewnić, że lektura wcale mi się nie dłużyła, poza paroma momentami, i była to raczej powolna degustacja doskonałego dania. Z tego, co wiem, Peter Spokes jest debiutantem – to chyba jedyna informacja, jaką o nim znalazłem, więc taki debiut naprawdę jest świetną zapowiedzią.

    Już pierwsze opowiadania uderzają czymś zupełnie nieoczekiwanym – tak już nikt dziś nie pisze! Zupełnie jakby czytało się przedruk jakiejś odcinkowej opowieści grozy z wiktoriańskiej Anglii. W miarę lektury trafiamy na teksty, których akcja toczy się bardziej współcześnie, ale wciąż pozostaje to wrażenie kiełkujące na samym początku. Może to jakaś magia języka, a może trochę dziwaczna maniera dzielenia każdego opowiadania na sceny i rozdziały? Peter Spokes ma kilka ulubionych motywów – pierwszym z nich są oczywiście duchy, ale wśród bohaterów zebranych w tomie utworów są także wilkołaki i zombie, a nawet aniołowie i robaki. Zdarza się również, że to nadprzyrodzone istoty są w tekstach narratorami pierwszoosobowymi.

    I kolejna charakterystyczna cecha – właściwie wszystkie teksty podszyte są smutkiem, odgrywają teatr odchodzenia i przemijania, ale ten melancholijny klimat niesie w sobie jakieś ciepło nostalgii. Ta dwubiegunowość charakteryzowała też utwory Raya Bradbury’ego z serii Green Town. Opowiadania przywodzą na myśl starą szkołę horroru – czyli wywoływanie strachu przy pomocy raczej nastroju i zwiewnych, mglistych opisów aniżeli krwawej jatki i wiszących na żyrandolu jelit.

    Jak wspomniałem na początku, w niektórych opowiadaniach pojawiły się dłużyzny. Być może przesądziły o tym względy warsztatowe (przypominam, że to debiut), a może pewna niekonsekwencja – użyję tego słowa, chociaż nie umiem ocenić, czy był w tym jakiś zamysł i premedytacja. Opowiadania w zbiorze są różnej długości – obok tradycyjnych znajdziemy również dość długie minipowieści. Wydaje mi się, że lepszym pomysłem byłoby rozbudowanie tych ostatnich do formatu powieści pełnoprawnych. Te objętościowe różnice bardzo zaburzają rytm czytania – cóż, różnorodność jest cenną zaletą, ale może nie za wszelką cenę.

    Mimo wszystko polecam tę lekturę – na razie tylko w języku angielskim. Może znajdzie się ktoś, kto przetłumaczy te teksty – naprawdę warto. Sam bym się zgłosił, ale aż tak biegłym tłumaczem niestety nie jestem.