Art of Reading
  • Search results for horror
  • Przesłanie fruwających flaków, czyli Królestwo gore

    Autor: Łukasz Radecki

    Gatunek: horror

    Wydawca: Videograf

    Data wydania: 2017

    Liczba stron: 328


    Zakrzepła krew, obrzydliwe zwyczaje seksualne, wnętrzności i wymioty malowniczo rozciągnięte na posadzce – tak, to właśnie estetyka gore. Tematyka dość szokująca, ale znajdująca swoich amatorów, jak prawie wszystko na tym świecie. Hmmm, sam czasami używam tego efektu, ale głównie w celach groteskowych, trochę na zasadzie wesołego przerywnika (tak, nie jestem do końca normalny. Ba! Nawet nie wierzę w normalność!). Okazuje się jednak, że tego typu dzieła można napisać w sposób absolutnie poważny, a nawet poruszyć w nich naprawdę poważną, refleksyjną tematykę. Chyba najlepiej w Polsce robi to Łukasz Radecki.

    Jego wydany przez Videograf zbiór Królestwo gore stanowi rodzaj albumu z największymi przebojami – najstarsze opowiadania mają ponad dekadę. Rzecz jasna, nie wszystkie utwory prezentują wzmiankowaną przeze mnie głębię refleksji. Nie znam żyjących autorów, którym udaje się taka sztuka, a z nieżyjących może tylko Borges czy Cortazar potrafili zamieszczać w swoich książkach wyłącznie opowiadania genialne. Jednak co najmniej połowa spośród 14 tekstów warta jest z pewnością poznania. Wazon, Księżniczka, Per aspera ad inferi, Wyrzygać duszę oraz Fundacja Hackenholta – te polecam przede wszystkim.

    Nie da się uniknąć dyskusji – czym właściwie przyciągają nas te girlandy jelit i robaki pożerające ludzi żywcem? Wbrew pozorom chodzi, moim zdaniem, o bardzo humanistyczny w swej istocie przekaz. Osiągając opisowe ekstrema tak naprawdę walczymy z fałszem uśredniania, które dopuszcza wyłącznie letnią temperaturę, z jakimś przerażającym równaniem w dół, niczym w scenariuszach telenowel. Ludzkiego życia nie definiuje rozkład normalny Gaussa – właśnie dlatego w pierwszym akapicie podałem w wątpliwość normalność jako cechę pozytywną. Bez ekstremalnych przeżyć – oczywiście wyłącznie w dziełach sztuki – nasz obraz pozostaje kłamliwy i niepełny.

    Królestwo gore zapewnia nam taką bezpieczną podróż, która jednak jest przestrogą. Ludzkie potwory wykraczające poza średnią naprawdę istnieją. Być może codziennie mijamy ich na ulicy, oglądamy w telewizji, a może nawet w lustrze. Kto się odważy na konfrontację z nimi, niech spróbuje przeczytać tę książkę.

     

  • My Słowianie, czyli nie tylko sielanki

    Gatunek: horror

    Wydawca: Horror Masakra

    Data wydania: 2017

    Liczba stron: 356


    Z dużym niepokojem rozpoczynałem lekturę tej antologii. A wszystko dlatego, że jej poprzedniczka, czyli Krew zapomnianych bogów była bardzo nierówna, a kilka zamieszczonych w niej opowiadań idealnie pasowało do starosłowiańskiego określenia „paździerz”. Cóż z tego, że podobała mi się sama idea stojąca za projektem, skoro recenzowanie wymaga szczerości, co przekłada się czasami na brak litości? Na szczęście Słowiańskie koszmary reprezentują zdecydowanie wyższy poziom. Tym razem nie pojawiło się właściwie żadne opowiadanie, które można by uznać za kompletnie nieudane.

    Wysoki poziom prezentuje zatem Dagmara Adwentowska, której teksty wydźwignęły notę poprzedniej antologii z poziomu „paździerz” + 1. Jej otwierające opowiadanie to stylizowana opowieść o katolickich misjonarzach, których zadanie zakończyło się w niepomyślny dla Kościoła sposób. Potem przechodzimy do solidnego tekstu Macieja Szymczaka poruszającego odwieczny temat kary za zdradę. Kolejny, nieco krótszy utwór jest autorstwa Agnieszki Kwiatkowskiej – jak zwykle u tej autorki zakończenie wbija w fotel. Anna Musiałowicz Marta Krajewska postanowiły napisać opowiadania o akcji toczącej się współcześnie. Obydwa bardzo dobrze napisane, chociaż to nie wywoływanie grozy jest ich największym atutem. Silnym punktem zbioru jest również tekst Tomasza Krzywika.  Kolejne dwa utwory nie przekonały mnie – zarówno Cmentarzysko demonów Piotra Ferensa, jak i Svantevit doskonałych muzyków zespołu Percival Shuttenbach, nie oferują niczego poza samą akcją. Natomiast Mariusz Orzeł Wojteczek nie zawodzi – częsty u niego motyw damsko-męskich relacji idealnie połączył ze słowiańską mitologią. Opowiadanie zagranicznego gościa – Honzy Eraserheada Vojtiška – kończy się, zanim zdąży się zacząć. Ale potem mamy tekst Flory Woźnicy, chyba najlepszy w całej antologii, ze względu na naprawdę przerażającą koncepcję związaną z przedawkowaniem pewnych pastylek. W pełnym słońcu Sandry Gatt Osińskiej dowodzi, że czasami przedkładamy obce i atrakcyjne Nieznane nad Bliskie i Znane Zbyt Dobrze. Krzysztof T. Dąbrowski znów bardziej śmieszy niż straszy, ale robi to naprawdę udanie. Antologię zamykają znów bardzo dobre teksty – ich autorzy, czyli Grzegorz KopiecMichał Stonawski to w końcu zawodowi przerażacze…

    Jak widać, opłaca się wpuścić słowiańskie demony do swojego mieszkania i pozwolić opowiadać krwawe historie. Tym bardziej, że nasza rodzima mitologia obfituje w niesłusznie zapomniane potwory znacznie straszniejsze niż te rozpowszechnione w popkulturze. Dlatego tym bardziej warto pokazywać, że my, Słowianie, lubimy nie tylko sielanki…

  • Grzesznik, czyli horror w stylu Scorsese

    Autor: Artur Urbanowicz

    Gatunek: horror

    Wydawca: Gmork

    Data wydania: 2017

    Liczba stron: 474


    Podwójna przyjemność ma miejsce wtedy, gdy obejmujesz swoim patronatem książkę, która okazuje się świetna. Debiutancka powieść Artura Urbanowicza, czyli Gałęzistebyła naprawdę dobra, ale dopiero wydanie drugiej w oficynie, która przywiązuje wielką uwagę do kwestii redakcji i  korekty, pokazało pełnię potencjału autora. Chociaż trzeba w tym miejscu podkreślić, że gdyby produkt był kiepski, to żaden wydawca nie wyczarowałby z niego tak doskonałego zaklęcia.

    Grzesznik zaczyna się w sposób bardzo nietypowy i przez sporą część książki możemy się zastanawiać, czy aby na pewno mamy do czynienia z horrorem. Bardziej przypomina to opowieść mafijną niczym u Martina Scorsese przeniesioną udanie na polski grunt. Początkowo bowiem obserwujemy krwawe porachunki w suwalskim świecie przestępczym z perspektywy samego bossa, tamtejszego  capo di tutti capi. Na terenie miasta pojawił się dawny konkurent, który właśnie wyszedł z więzienia. W pewnym momencie okazuje się, że być może mamy jednak do czynienia z kimś znacznie groźniejszym niż były mafioso.

    Przyznam, że nie kojarzę żadnej innej książki, która łączyła by te odległe ścieżki popkultury. Nawet w prozie amerykańskiej, która właściwie powinna być w tej dziedzinie aktywna.  Amerykanie jednak zazwyczaj powielają zgrane do cna schematy i rzadko wprowadzają coś odkrywczego. W końcu jeden Harry Angel wiosny nie czyni. Tyle że siłą powieści Urbanowicza jest nie tylko eksploracja terenów do tej pory rzadko uczęszczanych. Największym atutem jest tu bowiem sama konfrontacja z siłami zła – jakże odległa od komiksowych rozwiązań typowych dla gatunku. Artur Urbanowicz stawia bowiem dość bolesne pytanie – czy walcząc ze złem nie stajemy przypadkiem po jego stronie? Pamiętacie ewangeliczną wizję kuszenia Jezusa? Diabeł roztaczał przed nim wizje spełnienia najbardziej skrytych pragnień i niezmierzonych bogactw. A gdyby Szatan wszedł po prostu w duszę Jezusa, stał się nim – czy nie byłby znacznie bardziej przerażający?

    Grzesznik to bez wątpienia jedna z najlepszych tegorocznych powieści grozy. Zachęcam do lektury, ale czynię zastrzeżenie – nie biorę na siebie odpowiedzialności za egzorcyzmy, którym będziecie musieli się poddać. A może zresztą – to myśl uciekająca daleko poza tę recenzję – właśnie o opętanie chodzi zawsze, gdy czytamy coś naprawdę dobrego?