Art of Reading
  • Search results for horror
  • My Słowianie, czyli nie tylko sielanki

    Gatunek: horror

    Wydawca: Horror Masakra

    Data wydania: 2017

    Liczba stron: 356


    Z dużym niepokojem rozpoczynałem lekturę tej antologii. A wszystko dlatego, że jej poprzedniczka, czyli Krew zapomnianych bogów była bardzo nierówna, a kilka zamieszczonych w niej opowiadań idealnie pasowało do starosłowiańskiego określenia „paździerz”. Cóż z tego, że podobała mi się sama idea stojąca za projektem, skoro recenzowanie wymaga szczerości, co przekłada się czasami na brak litości? Na szczęście Słowiańskie koszmary reprezentują zdecydowanie wyższy poziom. Tym razem nie pojawiło się właściwie żadne opowiadanie, które można by uznać za kompletnie nieudane.

    Wysoki poziom prezentuje zatem Dagmara Adwentowska, której teksty wydźwignęły notę poprzedniej antologii z poziomu „paździerz” + 1. Jej otwierające opowiadanie to stylizowana opowieść o katolickich misjonarzach, których zadanie zakończyło się w niepomyślny dla Kościoła sposób. Potem przechodzimy do solidnego tekstu Macieja Szymczaka poruszającego odwieczny temat kary za zdradę. Kolejny, nieco krótszy utwór jest autorstwa Agnieszki Kwiatkowskiej – jak zwykle u tej autorki zakończenie wbija w fotel. Anna Musiałowicz Marta Krajewska postanowiły napisać opowiadania o akcji toczącej się współcześnie. Obydwa bardzo dobrze napisane, chociaż to nie wywoływanie grozy jest ich największym atutem. Silnym punktem zbioru jest również tekst Tomasza Krzywika.  Kolejne dwa utwory nie przekonały mnie – zarówno Cmentarzysko demonów Piotra Ferensa, jak i Svantevit doskonałych muzyków zespołu Percival Shuttenbach, nie oferują niczego poza samą akcją. Natomiast Mariusz Orzeł Wojteczek nie zawodzi – częsty u niego motyw damsko-męskich relacji idealnie połączył ze słowiańską mitologią. Opowiadanie zagranicznego gościa – Honzy Eraserheada Vojtiška – kończy się, zanim zdąży się zacząć. Ale potem mamy tekst Flory Woźnicy, chyba najlepszy w całej antologii, ze względu na naprawdę przerażającą koncepcję związaną z przedawkowaniem pewnych pastylek. W pełnym słońcu Sandry Gatt Osińskiej dowodzi, że czasami przedkładamy obce i atrakcyjne Nieznane nad Bliskie i Znane Zbyt Dobrze. Krzysztof T. Dąbrowski znów bardziej śmieszy niż straszy, ale robi to naprawdę udanie. Antologię zamykają znów bardzo dobre teksty – ich autorzy, czyli Grzegorz KopiecMichał Stonawski to w końcu zawodowi przerażacze…

    Jak widać, opłaca się wpuścić słowiańskie demony do swojego mieszkania i pozwolić opowiadać krwawe historie. Tym bardziej, że nasza rodzima mitologia obfituje w niesłusznie zapomniane potwory znacznie straszniejsze niż te rozpowszechnione w popkulturze. Dlatego tym bardziej warto pokazywać, że my, Słowianie, lubimy nie tylko sielanki…

  • Grzesznik, czyli horror w stylu Scorsese

    Autor: Artur Urbanowicz

    Gatunek: horror

    Wydawca: Gmork

    Data wydania: 2017

    Liczba stron: 474


    Podwójna przyjemność ma miejsce wtedy, gdy obejmujesz swoim patronatem książkę, która okazuje się świetna. Debiutancka powieść Artura Urbanowicza, czyli Gałęzistebyła naprawdę dobra, ale dopiero wydanie drugiej w oficynie, która przywiązuje wielką uwagę do kwestii redakcji i  korekty, pokazało pełnię potencjału autora. Chociaż trzeba w tym miejscu podkreślić, że gdyby produkt był kiepski, to żaden wydawca nie wyczarowałby z niego tak doskonałego zaklęcia.

    Grzesznik zaczyna się w sposób bardzo nietypowy i przez sporą część książki możemy się zastanawiać, czy aby na pewno mamy do czynienia z horrorem. Bardziej przypomina to opowieść mafijną niczym u Martina Scorsese przeniesioną udanie na polski grunt. Początkowo bowiem obserwujemy krwawe porachunki w suwalskim świecie przestępczym z perspektywy samego bossa, tamtejszego  capo di tutti capi. Na terenie miasta pojawił się dawny konkurent, który właśnie wyszedł z więzienia. W pewnym momencie okazuje się, że być może mamy jednak do czynienia z kimś znacznie groźniejszym niż były mafioso.

    Przyznam, że nie kojarzę żadnej innej książki, która łączyła by te odległe ścieżki popkultury. Nawet w prozie amerykańskiej, która właściwie powinna być w tej dziedzinie aktywna.  Amerykanie jednak zazwyczaj powielają zgrane do cna schematy i rzadko wprowadzają coś odkrywczego. W końcu jeden Harry Angel wiosny nie czyni. Tyle że siłą powieści Urbanowicza jest nie tylko eksploracja terenów do tej pory rzadko uczęszczanych. Największym atutem jest tu bowiem sama konfrontacja z siłami zła – jakże odległa od komiksowych rozwiązań typowych dla gatunku. Artur Urbanowicz stawia bowiem dość bolesne pytanie – czy walcząc ze złem nie stajemy przypadkiem po jego stronie? Pamiętacie ewangeliczną wizję kuszenia Jezusa? Diabeł roztaczał przed nim wizje spełnienia najbardziej skrytych pragnień i niezmierzonych bogactw. A gdyby Szatan wszedł po prostu w duszę Jezusa, stał się nim – czy nie byłby znacznie bardziej przerażający?

    Grzesznik to bez wątpienia jedna z najlepszych tegorocznych powieści grozy. Zachęcam do lektury, ale czynię zastrzeżenie – nie biorę na siebie odpowiedzialności za egzorcyzmy, którym będziecie musieli się poddać. A może zresztą – to myśl uciekająca daleko poza tę recenzję – właśnie o opętanie chodzi zawsze, gdy czytamy coś naprawdę dobrego?

  • Kamienica ligottiańska

    Autor: Damian Zdanowicz

    Gatunek: horror

    Wydawca: Phantom Books Horror

    Data wydania: 2017

    Liczba stron: 128


    Zazwyczaj nie czytam recenzji przed lekturą książki. Tak, wiem. To niezbyt stosowne wyznanie, jak na recenzenta, ale jednak staram się kierować wyłącznie własnymi odczuciami, a wiele recenzji narzuca sposób odbioru. A jednak, w przypadku książki Damiana Zdanowicza uległem pokusie. A poza tym, przeczytałem wstęp Wojciecha Guni, który również mnie specyficznie nastawił. Byłem więc przygotowany na literackie spotkanie z pisarzem dużego formatu – mimo że debiutantem. Oczywiście, mój głęboko osadzony duch przekory postanowił obalić wszelkie argumenty poprzedników, dowieść, że zachwyty są przesadzone i przedwczesne.

    Ale potem przeczytałem Kamienicę panny Kluk. Wojtek, miałeś rację. Obawiam się, że Damian Zdanowicz już teraz jest równie dobrym pisarzem grozy, co ja czy Ty. A może być jeszcze lepszy. Te opowiadania są naprawdę znakomite. Owszem, widać zauroczenie twórczością Thomasa Ligottiego, lecz nie jest to bezmyślne naśladownictwo. Młody adept weird fiction przemawia własnym głosem, co w przypadku osoby debiutującej jest naprawdę godne podziwu. Mówię to bez żadnych wątpliwości.

    Same teksty epatują tragizmem o bardzo dużym stopniu uogólnienia. Świat przedstawiony jest mroczny, ale ten mrok stanowi substancję go budującą, określającą. Nie znajdziemy tu potrząsających mackami potworów, mimo że klimat utworów nieco przypomina atmosferę towarzyszącą lekturze H.P. Lovecrafta. Tyle że tu potworami są zasady konstruujące świat, a w domyśle też jego twórcy. Czy może być coś straszniejszego niż sama natura rzeczywistości, której głównym elementem jest permanentne dążenie do unicestwienia? Wizja Zdanowicza wydaje się momentami bardziej pesymistyczna niż Ligottiego, który rozbraja swój pesymizm czarnym humorem.

    Jeśli nie boicie się wejrzeć głęboko w oczy Otchłani, to nie muszę dłużej przekonywać, że warto zapoznać się z tą gęstą prozą. Tym bardziej, że tak niewiele jest horrorów, o których można jednocześnie powiedzieć, że są literaturą z wysokiej półki. Nisza w niszy, ale jakże warta, by się z nią zapoznać.