Art of Reading
  • Search results for Gmork
  • Grzesznik, czyli horror w stylu Scorsese

    Autor: Artur Urbanowicz

    Gatunek: horror

    Wydawca: Gmork

    Data wydania: 2017

    Liczba stron: 474


    Podwójna przyjemność ma miejsce wtedy, gdy obejmujesz swoim patronatem książkę, która okazuje się świetna. Debiutancka powieść Artura Urbanowicza, czyli Gałęzistebyła naprawdę dobra, ale dopiero wydanie drugiej w oficynie, która przywiązuje wielką uwagę do kwestii redakcji i  korekty, pokazało pełnię potencjału autora. Chociaż trzeba w tym miejscu podkreślić, że gdyby produkt był kiepski, to żaden wydawca nie wyczarowałby z niego tak doskonałego zaklęcia.

    Grzesznik zaczyna się w sposób bardzo nietypowy i przez sporą część książki możemy się zastanawiać, czy aby na pewno mamy do czynienia z horrorem. Bardziej przypomina to opowieść mafijną niczym u Martina Scorsese przeniesioną udanie na polski grunt. Początkowo bowiem obserwujemy krwawe porachunki w suwalskim świecie przestępczym z perspektywy samego bossa, tamtejszego  capo di tutti capi. Na terenie miasta pojawił się dawny konkurent, który właśnie wyszedł z więzienia. W pewnym momencie okazuje się, że być może mamy jednak do czynienia z kimś znacznie groźniejszym niż były mafioso.

    Przyznam, że nie kojarzę żadnej innej książki, która łączyła by te odległe ścieżki popkultury. Nawet w prozie amerykańskiej, która właściwie powinna być w tej dziedzinie aktywna.  Amerykanie jednak zazwyczaj powielają zgrane do cna schematy i rzadko wprowadzają coś odkrywczego. W końcu jeden Harry Angel wiosny nie czyni. Tyle że siłą powieści Urbanowicza jest nie tylko eksploracja terenów do tej pory rzadko uczęszczanych. Największym atutem jest tu bowiem sama konfrontacja z siłami zła – jakże odległa od komiksowych rozwiązań typowych dla gatunku. Artur Urbanowicz stawia bowiem dość bolesne pytanie – czy walcząc ze złem nie stajemy przypadkiem po jego stronie? Pamiętacie ewangeliczną wizję kuszenia Jezusa? Diabeł roztaczał przed nim wizje spełnienia najbardziej skrytych pragnień i niezmierzonych bogactw. A gdyby Szatan wszedł po prostu w duszę Jezusa, stał się nim – czy nie byłby znacznie bardziej przerażający?

    Grzesznik to bez wątpienia jedna z najlepszych tegorocznych powieści grozy. Zachęcam do lektury, ale czynię zastrzeżenie – nie biorę na siebie odpowiedzialności za egzorcyzmy, którym będziecie musieli się poddać. A może zresztą – to myśl uciekająca daleko poza tę recenzję – właśnie o opętanie chodzi zawsze, gdy czytamy coś naprawdę dobrego?

  • Zapowiadając patronat – nowy horror Artura Urbanowicza

    Grzesznik, druga powieść Artura Urbanowicza, ukaże się najpóźniej latem nakładem Wydawnictwa GMORK. Jeszcze nie znamy okładki (ponoć pracuje nad nią sam Darek Kocurek).  Już jednak wiadomo, że Art of Reading będzie jednym z patronów medialnych. Inni to: POGODNE SUWAŁKI (oficjalny patronat miasta), Gazeta Współczesna, Niebywałe Suwałki, Wielki Buk – blog literacki, Okiem na Horror, Grabarz Polski, BookHunter.pl, Misterium Grozy oraz Maniacy Horroru.

    Jeszcze przed premierą wydawca przygotuje całą masę fajnych materiałów i akcji promocyjnych, m.in. przedpremierowy konkurs wyłącznie dla tych, którzy przeczytali pierwszą powieść Artura, czyli Gałęziste.  Ci, którzy jeszcze tego nie uczynili, może zostaną zachęceni recenzją – IDŹ TUTAJ! Właśnie oni będą mieli szansę jako pierwsi otrzymać nowy – ponad 500-stronicowy horror, któremu z wielką radością patronujemy.

    Więcej szczegółów już wkrótce.

     

  • Opowiadania bez znieczulenia

    bezwww

    stars9

    Tytuł: Bez znieczulenia

    Gatunek: Horror

    Wydawnictwo: Gmork

    Data wydania: 2016

    Liczba stron: 212


    Trzydzieści kilka spojrzeń na naszą rzeczywistość oczyma dość specyficznie nań patrzącymi – tak można w największym skrócie opisać Bez znieczulenia Juliusza Wojciechowicza. To tak subiektywna perspektywa, że pisarstwa autora z Lublina nie sposób pomylić z jakimś innym. Jednocześnie – co może być uznane za swoisty paradoks – opowiadania zebrane w tomie pozostają stylistycznie bardzo różnorodne. Jak to się mogło udać?

    Właściwie wszystkie teksty zawarte w Bez znieczulenia mają jeden wspólny mianownik – są dość krótkie. W tym przypadku to… błogosławieństwo. Nie dlatego, że nie chciałbym czytać dłuższych tekstów tego pisarza. Są one jednak tak mocno skondensowane, tak wiele zawierają emocji i bólu, że w większej dawce mogłyby się okazać zabójcze. Naprawdę, lepiej nie ryzykować. O dziwo, jest w nich jednocześnie sporo humoru i ciepła. Tak, kolejny paradoks, ale chyba tylko Juliusz Wojciechowicz potrafi dokonać takiego egzotycznego czaru…

    Te opowiadania trzeba chociaż częściowo zinternalizować, poczuć w sobie samym pokłady tej dziwnej groteski. Przykład? Wyobraźmy sobie rzeczywistość, w której to jedzenie stanowi czynność wstydliwą, a wydalanie – okazję do towarzyskiego spotkania. Jeżeli nie poczujemy tego klimatu, możemy odrzucić całą resztę. Proza Wojciechowicza przypomina momentami twórczość niejakiego Rolanda Topora – a w każdym razie jest równie specyficzna.

    Mocnymi stronami książki są również wstęp Mark Zychly i autorskie posłowie, w którym Juliusz Wojciechowicz, podobnie jak Stephen King w swoich zbiorach opowiadań, przybliża okoliczności powstania każdego utworu z książki. Lubię to u mistrza Stefana, podobnie było w przypadku lektury Wojciechowicza. Tak trzymać!