Art of Reading
  • Search results for fantasy
  • Ishigurowe fantasy, czyli Pogrzebany olbrzym

    pogrzebany

     

    stars10plus

    Tytuł oryginału: The Buried Giant

    Tłumaczenie: Andrzej Szulc

    Gatunek: fantasy

    Wydawnictwo: Albatros

    Data wydania: 2015

    Liczba stron: 448


    Przychodzi mi dzisiaj przyznawać się do rzeczy niskich. Uwaga zatem – czuję podłą zazdrość w stosunku do Kazuo Ishiguro. Nie, nie chodzi mi wcale o jego pochodzenie, czy też pisarskie laury, którymi pochodzący z Japonii autor jest wciąż obsypywany, i na których na szczęście nie ma zamiaru osiadać. Rzecz w tym, że pisarstwo Ishiguro bez przerwy mnie zaskakuje i kompletnie zbija z tropu. Zazwyczaj prozaicy szukają swojego głosu, tego tajemniczego zestawienia fabuły, stylu i kompozycji, które sprawiają, że czytelnicy umieją ich rozpoznać, a nawet się nimi zachwycić. Oczywiście – różne są tych poszukiwań efekty. Ishiguro znajduje. Za każdym razem. Ale wciąż szuka na nowo. W efekcie żadna z jego książek nie przypomina poprzedniej, co krytyka literackiego może przyprawić o ból głowy.

    Bo popatrzmy przez moment na bibliografię urodzonego w Nagasaki Brytyjczyka. Kiedy byliśmy sierotami? Literatura kryminalna. Niepocieszony? Oniryczny strumień świadomości. Malarz świata ułudy? Lirycznie o malarstwie. Nokturny? Lirycznie o muzyce. Okruchy dnia? Socjologiczna obserwacja. Nie opuszczaj mnie? Science-fiction. Nie było jeszcze chyba tylko… fantasy. No to już jest.

    Pogrzebany olbrzym sięga głęboko do skarbnicy mitów arturiańskich, ale mamy tu również nawiązania do Tolkiena, Le Guin czy nawet George’a R.R. Martina. Teoretycznie mamy do czynienia z archetypiczną dla fantasy powieścią drogi, w której drużyna (w tym przypadku złożona początkowo ze starego małżeństwa) wyrusza do odległej wioski. Z czasem jednak cel podróży staje się coraz mniej oczywisty. W efekcie mamy do czynienia z potyczką pomiędzy miłością a pamięcią, czy wręcz odwrotnością tej ostatniej. Bo w Pogrzebanym… jest trochę jak w starej piosence Stanisława Soyki: „Niepamięci niech się święci cud”. Bo całe życie jest zapominaniem, ale przed śmiercią uzyskujemy dostęp do zatartych wspomnień…

    Tak naprawdę, Ishiguro wciąż pisze tę samą książkę… Uzbrojony w różnorakie oręża, korzystając z różnorodnych rekwizytów i scenografii, boryka się na kartach swoich powieści z przemijaniem i miłością w przeróżnych konfiguracjach. Tym razem idzie o kilka kroków dalej, niż w swoich poprzednich powieściach. Pojawia się bowiem motyw odchodzenia – także zaczerpnięty z celtyckich opowieści w swojej mistyce i fabularnych rozwiązaniach. Chodzi o łódź przenoszącą nas na odległą wyspę i tajemniczego przewoźnika (a zarazem narratora całej historii).

    Ishiguro długo kazał nam czekać na swoją kolejną powieść. Zdecydowanie było warto.

  • Para w ruch, bez pary

    paar

    stars7

    Tytuł oryginału: Raising Steam

    Tłumaczenie: Piotr Cholewa

    Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

    Data wydania: 2014

    Liczba stron: 336


    W Ankh-Morpork pojawia się nowy wynalazek – wielka i hałaśliwa machina, wykorzystująca potęgę wszystkich czterech żywiołów: ziemi, powietrza, ognia i wody.Nad wynalazkiem czuwa niejaki pan Simnel, a wszystko spina dobrze znany z poprzednich części cyklu Moist von Lipwig. W tle mamy zaś krasnoludzki terroryzm. Brzmi zachęcająco? No cóż.

    Ostatni tom Świata Dysku wydany za życia Terry’ego Pratchetta jest rozczarowaniem. Nie owijajmy w bawełnę. Gdyby ktokolwiek inny napisał tę książkę, uznałbym ją zapewne za dość udaną opowieść na temat pierwszej kolei żelaznej łączącej miasta w fikcyjnym świecie. Także bohaterowie zostali naszkicowani całkiem ciekawie, fabuła może niezbyt porywająca, ale w momentach, gdy się wlokła niemiłosiernie można było w zamian zaśmiać się raz albo dwa. Ale Vetinari jest cieniem samego siebie, Moist von Lipwig nie przypomina tego ze Świata finansjery, ba! Nawet przesławne Pratchettowskie przypisy są w tej powieści jakąś autoparodią – kiedyś zaskakiwały, teraz zaś uderzają z wdziękiem cepa.

    Czy to efekt postępującej choroby pisarza, czy też zachorował sam Świat Dysku – tracąc swoją karykaturalność, swoją wielobarwność i metaforykę? To jakaś przedziwna historia – im mniej był on podobny do naszego, tym więcej paraleli i nawiązań znajdowały czytelnicze umysły. Im większy był absurd i oddalenie od rzeczywistości, tym bardziej tą rzeczywistość odkrywaliśmy. A w 40. tomie cyklu – ten świat jest już tak bardzo bliski naszemu – poprzez dojrzałość, przez liczne powtórzenia, jest tak bardzo bliski, że stał się nam obcy.

    Dlaczego więc aż 7 na 10 punktów? Jak już wspominałem – nawet jeżeli to tylko cień Pratchetta, to jednak pozostaje cieniem Pratchetta, a nie jakiegoś Johna Smitha. Fani Pratchetta przełkną zapewne nawet tę powieść bez większego bólu. Obiektywnie rzecz ujmując, nie jest ona taka zła. I wbrew wszystkiemu wierzyć mogę, że pośmiertnie wydany tom Świata Dysku, czyli Korona pasterza, nie będzie taki zły. Jego bohaterką ma być ponownie niejaka Tiffany Obolała.

  • Gambit niemocy

    gambit-mocy

    stars6

    Tytuł: Gambit mocy
    Wydawnictwo: Oficynka
    Data wydania: 19 lipca 2013
    Liczba stron: 704


     

    „To książka zdecydowanie nie dla mnie!” – stwierdziłem w pewnym momencie lektury. Była to dość zaskakująca konstatacja, zważywszy na liczbę pochlebnych recenzji, które obsypały debiutanckie dzieło Piotra Muszyńskiego. Cóż, pozostaje mi przytoczyć po raz kolejny w swoim życiu błyskotliwe zdanie Jeana Cocteau: „Nie należy mylić prawdy z opinią większości” i przejść nad tym do porządku dziennego. Dlaczego jednak uznałem, że Gambit mocy nie spełnia moich oczekiwań?

    Fabuła powieści obraca się wokół księżniczki Samii. Wygnana z ojczyzny z powodu złowróżbnej przepowiedni, wraz z grupą wiernych sług znajduje schronienie w zaprzyjaźnionym królestwie Dorianu. Towarzyszą jej wybitna fechtmistrzyni Serina, najprawdopodobniej najlepsza wojowniczka w królestwie, oraz mała dziewczynka Monika, która jest kimś zupełnie innym, niż się wydaje. W tle są zaś dworskie intrygi, czarna magia, artefakty, stare księgi zaklęć. Mamy zatem do czynienia z dość typowym rekwizytorium. Trzeba przyznać, że autor doskonale umie wykorzystać ograne w literaturze fantasy schematy i udało mu się stworzyć coś własnego. Co jednak właściwie stworzył?

    Piotr Muszyński wyznał, że w założeniach jego powieść miała stanowić coś pośredniego pomiędzy Grą o tron George’a R.R. Martina a cyklem Świat Dysku Terry’ego Pratchetta. „Pisząc ją, starałem się połączyć najlepsze cechy gatunku, uosabiane dla mnie przez tych dwóch pisarzy” – czytamy na stronie internetowej. Problem w tym, że obaj przytoczeni przez Muszyńskiego autorzy stanowią dwa odległe bieguny fantasy. A jeszcze większy problem jest taki, że polskiemu pisarzowi nie udało się do żadnego z nich nawet zbliżyć. Autor Gambitu mocy (a wraz z nim czytelnik) gubi się w wątkach i słabo różnicuje poszczególnych bohaterów – w wielotomowej, daleko bardziej skomplikowanej, serii Martina jakoś łatwiej się połapać. Humor rodzimego naśladowcy Pratchetta jest z kolei bardzo wymuszony, a chwilami wręcz prostacki. Chwilami udawało mu się mnie rozbawić, chociaż podejrzewam, że w niektórych momentach w sposób niezamierzony.

    A główne bohaterki? Każda z nich jest irytująca na swój własny sposób. Tak, biorę poprawkę na to, że mamy do czynienia z nastolatkami w apogeum swej niedojrzałości, ale są jednak pewne granice czytelniczej odporności. Przynajmniej w przypadku dorosłego czytelnika, bo być może książka jest przeznaczona wyłącznie dla ludzi przed ukończeniem 18. roku życia – w takim przypadku na jej korzyść zadziała zapewne mechanizm utożsamiania się.

    Czy mogę na koniec powiedzieć coś pochlebnego? Na pewno autor dowiódł, że jest w stanie napisać długą (700 stron) książkę. Ma więc potencjał, by stworzyć w przyszłości utwory o co najmniej podobnej objętości. Nie, wcale nie żartuję, bo doskonale wiem, że napisanie kilkuset tysięcy znaków nie jest rzeczą błahą. Językowo i stylistycznie nie jest źle, a to pozwala mieć nadzieję, że wraz z liczbą napisanych stron przyjdzie też jakość.