Art of Reading
  • Search results for fantasy
  • Para w ruch, bez pary

    paar

    stars7

    Tytuł oryginału: Raising Steam

    Tłumaczenie: Piotr Cholewa

    Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

    Data wydania: 2014

    Liczba stron: 336


    W Ankh-Morpork pojawia się nowy wynalazek – wielka i hałaśliwa machina, wykorzystująca potęgę wszystkich czterech żywiołów: ziemi, powietrza, ognia i wody.Nad wynalazkiem czuwa niejaki pan Simnel, a wszystko spina dobrze znany z poprzednich części cyklu Moist von Lipwig. W tle mamy zaś krasnoludzki terroryzm. Brzmi zachęcająco? No cóż.

    Ostatni tom Świata Dysku wydany za życia Terry’ego Pratchetta jest rozczarowaniem. Nie owijajmy w bawełnę. Gdyby ktokolwiek inny napisał tę książkę, uznałbym ją zapewne za dość udaną opowieść na temat pierwszej kolei żelaznej łączącej miasta w fikcyjnym świecie. Także bohaterowie zostali naszkicowani całkiem ciekawie, fabuła może niezbyt porywająca, ale w momentach, gdy się wlokła niemiłosiernie można było w zamian zaśmiać się raz albo dwa. Ale Vetinari jest cieniem samego siebie, Moist von Lipwig nie przypomina tego ze Świata finansjery, ba! Nawet przesławne Pratchettowskie przypisy są w tej powieści jakąś autoparodią – kiedyś zaskakiwały, teraz zaś uderzają z wdziękiem cepa.

    Czy to efekt postępującej choroby pisarza, czy też zachorował sam Świat Dysku – tracąc swoją karykaturalność, swoją wielobarwność i metaforykę? To jakaś przedziwna historia – im mniej był on podobny do naszego, tym więcej paraleli i nawiązań znajdowały czytelnicze umysły. Im większy był absurd i oddalenie od rzeczywistości, tym bardziej tą rzeczywistość odkrywaliśmy. A w 40. tomie cyklu – ten świat jest już tak bardzo bliski naszemu – poprzez dojrzałość, przez liczne powtórzenia, jest tak bardzo bliski, że stał się nam obcy.

    Dlaczego więc aż 7 na 10 punktów? Jak już wspominałem – nawet jeżeli to tylko cień Pratchetta, to jednak pozostaje cieniem Pratchetta, a nie jakiegoś Johna Smitha. Fani Pratchetta przełkną zapewne nawet tę powieść bez większego bólu. Obiektywnie rzecz ujmując, nie jest ona taka zła. I wbrew wszystkiemu wierzyć mogę, że pośmiertnie wydany tom Świata Dysku, czyli Korona pasterza, nie będzie taki zły. Jego bohaterką ma być ponownie niejaka Tiffany Obolała.

  • Gambit niemocy

    gambit-mocy

    stars6

    Tytuł: Gambit mocy
    Wydawnictwo: Oficynka
    Data wydania: 19 lipca 2013
    Liczba stron: 704


     

    „To książka zdecydowanie nie dla mnie!” – stwierdziłem w pewnym momencie lektury. Była to dość zaskakująca konstatacja, zważywszy na liczbę pochlebnych recenzji, które obsypały debiutanckie dzieło Piotra Muszyńskiego. Cóż, pozostaje mi przytoczyć po raz kolejny w swoim życiu błyskotliwe zdanie Jeana Cocteau: „Nie należy mylić prawdy z opinią większości” i przejść nad tym do porządku dziennego. Dlaczego jednak uznałem, że Gambit mocy nie spełnia moich oczekiwań?

    Fabuła powieści obraca się wokół księżniczki Samii. Wygnana z ojczyzny z powodu złowróżbnej przepowiedni, wraz z grupą wiernych sług znajduje schronienie w zaprzyjaźnionym królestwie Dorianu. Towarzyszą jej wybitna fechtmistrzyni Serina, najprawdopodobniej najlepsza wojowniczka w królestwie, oraz mała dziewczynka Monika, która jest kimś zupełnie innym, niż się wydaje. W tle są zaś dworskie intrygi, czarna magia, artefakty, stare księgi zaklęć. Mamy zatem do czynienia z dość typowym rekwizytorium. Trzeba przyznać, że autor doskonale umie wykorzystać ograne w literaturze fantasy schematy i udało mu się stworzyć coś własnego. Co jednak właściwie stworzył?

    Piotr Muszyński wyznał, że w założeniach jego powieść miała stanowić coś pośredniego pomiędzy Grą o tron George’a R.R. Martina a cyklem Świat Dysku Terry’ego Pratchetta. „Pisząc ją, starałem się połączyć najlepsze cechy gatunku, uosabiane dla mnie przez tych dwóch pisarzy” – czytamy na stronie internetowej. Problem w tym, że obaj przytoczeni przez Muszyńskiego autorzy stanowią dwa odległe bieguny fantasy. A jeszcze większy problem jest taki, że polskiemu pisarzowi nie udało się do żadnego z nich nawet zbliżyć. Autor Gambitu mocy (a wraz z nim czytelnik) gubi się w wątkach i słabo różnicuje poszczególnych bohaterów – w wielotomowej, daleko bardziej skomplikowanej, serii Martina jakoś łatwiej się połapać. Humor rodzimego naśladowcy Pratchetta jest z kolei bardzo wymuszony, a chwilami wręcz prostacki. Chwilami udawało mu się mnie rozbawić, chociaż podejrzewam, że w niektórych momentach w sposób niezamierzony.

    A główne bohaterki? Każda z nich jest irytująca na swój własny sposób. Tak, biorę poprawkę na to, że mamy do czynienia z nastolatkami w apogeum swej niedojrzałości, ale są jednak pewne granice czytelniczej odporności. Przynajmniej w przypadku dorosłego czytelnika, bo być może książka jest przeznaczona wyłącznie dla ludzi przed ukończeniem 18. roku życia – w takim przypadku na jej korzyść zadziała zapewne mechanizm utożsamiania się.

    Czy mogę na koniec powiedzieć coś pochlebnego? Na pewno autor dowiódł, że jest w stanie napisać długą (700 stron) książkę. Ma więc potencjał, by stworzyć w przyszłości utwory o co najmniej podobnej objętości. Nie, wcale nie żartuję, bo doskonale wiem, że napisanie kilkuset tysięcy znaków nie jest rzeczą błahą. Językowo i stylistycznie nie jest źle, a to pozwala mieć nadzieję, że wraz z liczbą napisanych stron przyjdzie też jakość.