Art of Reading
  • Search results for eseje
  • Rok magicznego myślenia – gdy magia to za mało

    rokmag

    stars8

    Tytuł oryginału: The Year of Magical Thinking

    Tłumaczenie: Hanna Pasierska

    Wydawnictwo: Znak

    Gatunek: beletrystyka

    Liczba stron: 288


    Ostatnie moje wpisy spowija jakaś mgła ciemna, pełna macek, zatracenia i Santa Muerte. Nie inaczej będzie dziś, bo książkę Joan Didion Rok magicznego myślenia określić można najtrafniej jako „dziennik żałoby”. Tej spadającej znienacka (zawał serca męża) i tej antycypowanej (córka autorki zmarła wkrótce po napisaniu książki). Wobec faktów dokonanych trudno zachować obojętność. Czy jednak wywlekanie traum na światło dzienne, z pełną ich świadomością, bez omijania żadnych szczegółów, naprawdę może być pomocne? Mam pewne wątpliwości, ale na pewno nie chcę wyjść na gruboskórnego cynika.

    Też znam dobrze, zbyt dobrze, to miejsce, w które trafiła pisarka. Skąd niegdyś prowadziło tyle dróg, a teraz nie ma nawet wąskiej ścieżki (kogoś tu parafrazuję, może C.S. Lewisa?). Miejsce pozostawiające człowieka bez sił, bez wiary i perspektyw, z za kłóconym postrzeganiem. Zapewne podświadomie czuję do tej książki pewną niechęć, bo zbyt mocno odsłania to, co próbowałem ukryć, rozgrzebuje stare rany? Ten beznamiętny ton, z jakim Joan Didion snuje opowieść, bez uciekania się w sentymentalne porywy, bez udawania – to wszystko podziałało na mnie w sposób nieco odpychający. Ale kto wie, może chodzi o jakąś dziwaczną zazdrość, jaką odczuwamy, gdy zorientujemy się, że nasze najgłębsze przeżycia nie są i nigdy nie były czymś wyjątkowym? I co gorsza – są też czymś powtarzalnym?

    Trochę oszukał mnie tytuł – w tej książce próżno szukać magii. Jest drobiazgowa, można nawet rzec – narcystyczna, wiwisekcja żałoby, jakby pisarka próbowała ją na swój sposób przepracować (termin psychoterapeutyczny). Nie ma tu błysków iskier i czarodziejskich różdżek – jest za to życie pełne wnikliwie czytanych raportów medycznych i rozmów z lekarzami. Ale także i pewien etap żałoby – właśnie tytułowe magiczne myślenie, myślenie życzeniowe, kiedy wydaje nam się, że czyjaś śmierć to tylko sen, a nasze odpowiednie zachowanie jest w stanie odwrócić wyroki losu.

    Przede wszystkim jest to książka na wskroś dziennikarska – pełna odniesień do faktów i źródeł, utkana cytatami, próbująca za wszelką cenę zracjonalizować żałobę. Czy to beletrystyka czy też może bardziej esej? A może wspomnienia, autobiografia? W podobnych przypadkach szufladki są przepełnione, a ten tłok tylko dowodzi, jak sztuczne są wszelkie podziały.

     

  • Poradnik grafomana, czyli nie tylko o pisarzach

    poradnik_grafomana

    stars8

    Autor: Lech M. Jakób

    Gatunek: felietony

    Wydawca: Forma

    Data wydania: 2015

    Liczba stron: 150


    Już sam tytuł tej książki trudno traktować z pełną powagą. Wszak grafoman tytułowy to osobnik, który wszelkie rady z automatu niejako odrzuca, gardzi nimi jako że sam najlepiej wie, czym jest pisanie. Poradnik grafomana Lecha M. Jakóba nie rości sobie pretensji, by z kogokolwiek uczynić pełną gębą pisarza. To raczej lekki jak piórko zbiór żartobliwych tekstów ukazujących nieco koturnowy los prozaika w krzywym zwierciadle satyry i… prawdy. Ale przecież nie tylko… Bo felietony uzupełniono obszernymi cytatami wziętymi z wierszy nadesłanych przez aspirujących do miana poetów oraz słowniczkiem pisarskich przypadłości.

    Ta ostatnia część jako żywo przypomniała mi nieco już obrośnięte kurzem książki Jerzego Wittlina z serii Vademecum. No bo weźmy pierwsze z brzegu, a właściwie wylosowane wciśniętym między stronice palcem wskazującym hasło… „Nerwica recenzencka – pełne obaw oczekiwanie na reakcje prasowe po opublikowaniu dzieła; czasem towarzyszy temu drżenie rąk, oczopląs i szczękościsk – zwłaszcza po zapoznaniu się z oczywiście jak zawsze krzywdzącymi biednego pisarza recenzjami”.  I tak jest przez cały czas. Chcecie dowiedzieć się, czym są patafiony, pućwy lub frędzlizmy? Pozostaje chyba zapoznać się z tą książką, bo przecież nie będę przepisywał całego słowniczka.

    Nie mogę się jednak powstrzymać przed przytoczeniem kilku fragmentów z Miniantologii cytatów wpadek poetyckich. To nieco inny rodzaj humoru – wszakże kompletnie niezamierzony przez autorów. No to proszę: „powiewa dusza/na dużych uszach/plus kilka ton/oto słoń”. Albo: „Widzisz? …/ ten robak wystający z ucha/ to część serca”. No to jeszcze jeden: „Życie co jak pole minowe/ Żaglami białymi ścieli nam posłania”. Ufam, że głód poezji zdołałem już zaspokoić w stopniu ze wszech miar wystarczającym.

    Felietony Lecha M. Jakóba znamy zapewne dobrze z łamów „Latarni Morskiej”, „Łabuzia” lub „Twórczości”.  Rzeczywiście – zawarte w zbiorze teksty pojawiły się w większości w tychże tytułąch między 1998 a 2014 rokiem. Mamy więc do czynienia z bardzo obszernym opisaniem kilkunastu ostatnich lat na rynku wydawniczym. Autor piętnuje najczęściej złe nawyki, w jakie wpadają pisarze, ale także i bolączki samego pisarskiego losu (jak chociażby konieczność płacenia za recenzje). Cóż, książka odkryje zapewne wiele prawd przed osobami spoza magicznego kręgu twórców, ale i wielu ludziom pióra może otworzyć oczy. A wszystko w lekkim, przyjemnym stylu – niczym u przedwojennego felietonisty. Tak jak powinno być.

  • Ulice nieistniejące

    uliceszczecina

    stars9

    Tytuł: Ulice Szczecina (ciąg bliższy)

    Gatunek: eseje, wspomnienia

    Wydawnictwo: Forma

    Data wydania: 2015

    Liczba stron: 218


    Zaułki, w których skryło się dzieciństwo, których nazwy zmieniały się niepostrzeżenie – one nie są już tymi samymi ulicami. Nakłada się na nie filtr wspomnień, odciska na nich swoje piętno Duch Czasu. Zachowane dla potomności w starych spisach adresowych, w książkach telefonicznych z poprzedniej epoki, w zdjęciach wyrywających strzępy chwil żarłocznej Wieczności. Bo czym są ulice – zrazu pomyślane jako urbanistyczny zamysł, kreślące swoje proste i krzywe na mapie, a potem będące skarbnicą zbiorowej pamięci? To ulice nieistniejące, zupełnie jak Miasta nieistniejące Italo Calvino – zresztą przywołane na początku książki.

    Ulice Szczecina (ciąg bliższy) to swoisty rozrachunek Artura Daniela Liskowackiego z ukochanym miastem. Przybliżają nam dzieje ulic i placów znaczących, a może raczej znaczonych biograficznie, na które nakładają się wcześniejsze, przedwojenne dzieje. Przy okazji niejako poznajemy losy patronów tych miejsc – zarówno obecnych, jak i tamtych wcześniejszych, z niemieckich planów miasta. Autor znakomicie przybliża nam również mieszkańców Szczecina – swoich sąsiadów zza ściany czasu.

    Mamy tu zresztą do czynienia z ciekawym dwugłosem – z jednej strony wielka historia przewalająca się przez dziesięciolecia, a z drugiej – jakże wzruszające i jednostkowe przeżycia. Jak to ktoś zauważył – szukanie prawdy o sobie samym staje się jednocześnie poszukiwaniem tożsamości rodzinnego miasta. I na odwrót oczywiście. Już początek zapowiada ten dwudzielny komunikat – Artur Daniel Liskowacki rodzi się w szpitalu wzniesionym przed wojną, według planów niemieckich architektów. Jest w tym jakieś zderzenie historii w jej kamiennym wymiarze z jakże ludzkimi i delikatnymi losami rodzinnymi.

    A wszystko to czyta się jak znakomity kryminał, o ile podobne porównanie może w tym przypadku być komplementem. Jednak naprawdę nie mogłem się od tych esejów oderwać, a i teraz – wiele dni po przeczytaniu Ulic Szczecina… powracają do mnie pytania i wątpliwości.