Art of Reading
  • Search results for Bellona
  • Słowiańscy królowie Lechii, czyli niebezpieczny bełkot

    Autor: Janusz Bieszk

    Gatunek: historyczna (???)

    Wydawca: Bellona

    Data wydania: 2015

    Liczba stron: 296


    W  trakcie lektury tej kuriozalnej książki zamierzyłem sobie szyderczą recenzję, która w jednoznaczny sposób ocenia naukowy poziom tych bredni. Na miły Bóg! Ze wstępu wynika wszak, że Polacy pochodzą w prostej linii od kosmitów zamieszkujących legendarny kontynent Mu! Że podbijali odległe zakątki Azji około 100 tysięcy lat temu, zanim (sic!) Himalaje się wypiętrzyły! To naprawdę powinno wystarczyć, by odłożyć pracę Janusza Bieszka na najniższą, najtrudniej dostępną półkę lub wręcz oddać ją do punktu skupu makulatury. Jednak powinność recenzencka sprawiła, że postanowiłem doczytać ją do końca. Dzięki temu dowiedziałem się, że Polska istniała jako potężne imperium już kilka tysięcy lat temu, nasi dzielni wojownicy z sukcesami walczyli z hordami Persów, z wojskiem Aleksandra Macedońskiego, z rzymskimi legionami.

    Czemu jednak świat o tym nie wie? Przez wraży spisek historyków niemieckich, żydowskich, rzymskich, greckich, przez historiografów Kościoła, którym nie na rękę była wiedza o wielkiej, starożytnej Lechii… Śmieszne? Też się śmiałem, ale potem przyszła naprawdę poważna refleksja.

    Oto bowiem autor podsyca płomienie pod kotłem narodowej megalomanii. W jego stronicach odbijają się uśmiechnięte twarze zwolenników teorii o wyższości jednych ras nad drugimi, w czasie czytania słychać marsz podkutych butów i wrzaski faszyzującej młodzieży. Toutes proportions gardées, ale niestety Słowiańscy królowie Lechii mogą odegrać taką samą rolę, jak Mein Kampf  pewnego austriackiego polityka. Najbardziej zaś zdumiewa fakt, że rzeczone dziełko ukazało się nakładem tak szacownej oficyny jak Bellona. Mogę to tłumaczyć tylko i wyłącznie pozbawionym etycznej perspektywy rachunkiem ekonomicznym. Bo książka zapewne sprzedaje się bardzo dobrze – tym bardziej, że w księgarniach i Empikach trafia na półki oznaczone słowem „HISTORIA”. Można zrozumieć łaknących zysku wydawców, można też od biedy usprawiedliwiać niedouczonych sprzedawców. Najgorsze jednak jest to, że jako książkę historyczną, a zatem naukową, potraktuje te wypociny młodzież.

    W świecie, w którym tak wielką popularnością cieszą się różne teorie spiskowe i postprawdy, starożytne dzieje Lechitów mogą trafić na bardzo podatny grunt. Muszę przyznać, że to przerażające, bo wpisuje się w znacznie obszerniejsze zjawisko. Za parę lat do władzy dojdzie bowiem pokolenie karmione podobnymi bredniami, pokolenie dyletantów, którzy nie są w stanie przeczytać kilku książek rocznie, a jednocześnie przekonanych o własnej wyższości.

    Przede mną kolejna pozycja pana Bieszka – Chrześcijańscy królowie Lechii. Już się boję.

    PS. Początkowo książka była nawet objęta patronatem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego… Na szczęście ktoś rozsądny poszedł po rozum do głowy.

  • Miłość rządzi historią

    97034-europa-jest-kobieta-iwona-kienzler-1

    stars8

    Tytuł: Europa jest kobietą. Romanse i miłości sławnych Europejek

    Wydawnictwo: Bellona

    Data wydania: 2014

    Liczba stron: 312


    Przyznam się od razu, że podchodziłem do tej książki z dużą nieufnością. Podtytuł kazał mi oczekiwać w najlepszym razie ckliwej opowieści rodem z romansów o wyższych sferach, a w najgorszym – plotkarskich anegdotek w rodzaju „kto komu przyprawił rogi”. Skoro jednak książkę Europa jest kobietą przeczytałem, to znak, że żadna z powyższych okoliczności nie miała miejsca. Mamy do czynienia ze zgoła odmienną historią, że zabawię się w kalambury…

    Historia postrzegana jest zazwyczaj jako rzecz pisana przez mężczyzn i przez nich tworzona. Najwięksi władcy przeszłości, dyktatorzy, wielcy myśliciele – tak się składa, że byli płci męskiej. Można więc odnieść mylne wrażenie, że historia to tylko daty bitew i koronacji, albo jakaś odwieczna rywalizacja opętanych testosteronem samców. Jakby rodzaj ludzki dotknęła klątwa wiecznej gonitwy za sławą, przywilejami, terenami do podbicia. Ale to bardzo ograniczone spojrzenie na historię. Iwona Kienzler przedstawia nam w swojej książce losy dwunastu kobiet, które miały nieraz decydujący wpływ na kształt naszego kontynentu w minionych stuleciach. O kilku z nich słyszał dosłownie każdy (królowa Elżbieta I czy Maria Kazimiera d’Arquien), inne zaś, jak Świętosława – rodzona siostra Bolesława Chrobrego, która w pewnym momencie zasiadała na trzech tronach, pozostają znane głównie historykom.

    Pamiętacie o kształcie nosa Heleny Trojańskiej, który to kształt wysłał na wojnę tysiące okrętów? Zdaniem Iwony Kienzler, wiele wojen kształtujących oblicze Europy, wybuchało poniekąd z inspiracji kobiet, jako wynik ich ambicji lub namiętności. Dobrze to ilustruje historia życia wspomnianej Świętosławy, którą opiewają norweskie sagi jako Sygrydę.  Jeszcze lepiej – dzieje dwóch monarchiń brytyjskich – Elżbiety I i Wiktorii, które władały imperium, nad którym słońce nie zachodzi.

    Nie jest to dzieło naukowe, raczej popularnonaukowe, ale dość dobrze udokumentowane. Przede wszystkim to nieco inne oblicze historii – tej nauczycielki życia, która przekonuje, że wielkimi władcami targają także wielkie namiętności, a niektóre decyzje uzależnione są od emocji, a nie zimnej kalkulacji. Może łatwiej uczyć się czytając o perypetiach uczuciowych, aniżeli o martwych datach?

  • Mimochodem, czyli wspominając barda

    Mimochodem Katarzyna Walentynowicz

    stars9

    Tytuł: Mimochodem. Rozmowy o Jackiem Kaczmarskim

    Wydawnictwo: Bellona

    Data wydania: 2014

    Liczba stron: 400


    Czy jesteśmy tacy, jakimi widzą nas inni? W dużej mierze tak – istnieją ponoć nawet badania, z których wynika, że potrafimy ocenić siebie tylko w 30 proc., a pozostałe 70 proc. to oceny zewnętrznych obserwatorów. Przypomina mi się koncepcja psychologiczna niejakiego Charlesa Cooleya, zwana teorią ról, dowodząca, że osobowość nie jest niczym innym, jak tylko sumą wyuczonych ról społecznych przydzielanych przez społeczeństwo. Być człowiekiem – to być za człowieka uznawanym.

    Ten nudnawy wstęp ma przybliżyć tematykę recenzji znacznie ciekawszej książki. Mimochodem. Rozmowy o Jacku Kaczmarskim, naprawdę budzące szacunek dzieło Katarzyny Walentynowicz, już tytułem zdradza nam, że tym razem poznamy zmarłego poetę nie poprzez utwory, ale przez role społeczne, które odgrywał. Autorka zaprosiła do rozmów osoby towarzyszące mu na różnych etapach życia i znające go poprzez różnorodne aspekty wspólnych fascynacji. Zaczyna się od rozmowy z towarzyszką ostatnich lat życia Jacka, Alicją Delgas. Potem wspomina barda Zbigniew Łapiński, wybitny akompaniator i kompozytor wielu piosenek tria Kaczmarski-Gintrowski-Łapiński. W książce znajdują się także rozmowy z Kazimierzem Wojtańcem, przyjacielem z okresu studiów na polonistyce warszawskiej oraz z Krzysztofem Nowakiem, znawcą twórczości i redaktorem wydań płytowych dzieł Kaczmarskiego. Ostatni rozdział stanowią rozmowy z młodymi wokalistami, muzykami i odtwórcami głównych ról w spektaklach, opartych na twórczości zmarłego poety.

    Znając bardzo dobrze twórczość Jacka, ale także i jego biografię autorstwa Krzysztofa Gajdy (To moja droga, Wydawnictwo Dolnośląskie 2009) nie oczekiwałem Nieoczekiwanego. Tymczasem cała lektura była dla mnie serią kolejnych zaskoczeń. Pierwszym z nich okazał się sam poziom rozmów – można by rzec, że nie spodziewałem się po rozmówcach aż takiej erudycji. Nie znaczy to, że sądziłem, iż przyjaciele i bliscy Kaczmarskiego to ludzie intelektualnie ograniczeni 😉 Znamy ich jednak głównie z wywiadów prasowych i wychodzi na jaw straszliwa dysproporcja w prowadzeniu rozmowy – z dziennikarzami rozmawia się inaczej niż z osobą naprawdę orientującą się w tematyce. Tak, biję się również we własne piersi, żeby nie było. Katarzyna Walentynowicz po prostu zadaje pytania na bardzo wysokim poziomie i jej rozmówcy się do tego dostosowali.

    Kolejną niespodzianką okazała się dla mnie wielkość inspiracji, jaką dla Jacka stanowiły obrazy malowane przez jego rodziców. Pokutującym mitem było dotychczas przekonanie, że Janusz i Anna Kaczmarscy byli zbyt zajęci, by wychowywać swego syna, więc ten obowiązek spadł na dziadków. Nie dość, że to rażące uproszczenie, to na dodatek w wielu reprodukcjach (a tych jest w książce mnóstwo) słychać echa późniejszych Jackowych piosenek.

    Smutne refleksje wzbudziła we mnie rozmowa ze Zbigniewem Łapińskim – przede wszystkim dlatego, że muzyk patrzy na otaczający go świat przez bardzo ciemne okulary. A może to smutna okoliczność spotkania z autorką i tęsknota za utraconymi czasami (ze słynnego tria żyje już tylko on) wywołały takie właśnie nastawienie. Wreszcie byłem zbudowany postawą młodzieży – tym, że chociaż niektórzy z nich nie mieli szansy usłyszeć Kaczmarskiego na żywo, to jego twórczość jest w jakiś sposób ważna. Aż chce się zacytować Testament’95:

    (…) Zwłaszcza że póki słońce świeci
    Wciąż będą rodzić się poeci.

    Jak ja bezczelni i bezradni
    Spragnieni grzechu i spowiedzi
    I jedną nogą już w zapadni,
    Dociekający co w nich siedzi,
    Co wciąż nieuchronności przeczy,
    Że może życie jest do rzeczy.

     

    Podsumowując – doskonała książka, może chwilami zbyt hermetyczna, pięknie ilustrowana, dająca do myślenia przy przewracaniu stron. Polecam nie tylko miłośnikom Jacka K.