Art of Reading
  • Search results for Australia
  • Warto rozmawiać z synem co najmniej 10 razy…

    Dziesiec-rozmow-ktore-musisz-przeprowadzic-ze-swoim-synem-kopia

    stars5

    Tytuł oryginału: Ten Conversations You Must Have With Your Son

    Gatunek: poradnik

    Wydawca: REBIS

    Data wydania: 2015

    Liczba stron: 304


     

    Dziesięć rozmów, które musisz przeprowadzić ze swoim synem stanowi naprawdę nieznośny przykład amerykańskiego podejścia do wychowania, psychologii, ekonomii, poradnictwa (niepotrzebne skreślić). I naprawdę nieistotna w tym przypadku pozostaje narodowość autora, który jest Australijczykiem. Otrzymujemy książkę, która w swych założeniach jest jak najbardziej przydatna, ale nie dla Europejczyków, którzy mają nieco inne podejście do zagadnień międzyludzkich relacji. Lecz może to tylko moja opinia.

    Tim Hawkes chciał w swoim poradniku przekazać, w jaki sposób można zostać autorytetem dla swojego syna i przygotować go do dorosłego życia. Problem w tym, że jego metoda przypomina instrukcję obsługi samobieżnej kosiarki. Autor zbyt szczegółowo narzuca czytelnikom, w jaki sposób powinni rozmawiać z własnymi dziećmi. Przede wszystkim brakuje mi tu głębi, jakiejś refleksji, która sprawia, że rozmowa zmienia się niemalże w misterium. U Hawkesa jest łopatologicznie, a już wyjątkowo nieszczęśliwym pomysłem jest nagminne stosowanie skrótowców (np. GRIP, czyli good, right, improving i proper).

    Autor punktuje w ten sposób kolejne ważne rozmowy – zupełnie jakby tworzył biznesplany lub prezentacje w Power Point. Być może taki jest wymóg, jakiemu podlegają podobne publikacje – może czytelnicy w dzisiejszym świecie wymagają właśnie podręcznikowego podejścia? Może inaczej niczego by nie zrozumieli?

    Zastanawiam się, dlaczego wydawca nakłania do zakupu tej pozycji następującym zdaniem: Ta książka jest lekturą obowiązkową dla każdego, kto chce dobrze przygotować syna do dorosłości. Trochę zbyt mocne stwierdzenie. Poradnik Hawkesa z drugiej strony na pewno nikomu nie zaszkodzi. Może on również podsunąć kilka pomysłów, szczególnie w przypadku tematów trudnych i drażliwych. We wszystkim jednak powinny być zachowane proporcje. Tak samo w przypadku tej książki – pamiętajmy, że żaden podręcznik nie nauczy nas najważniejszej rzeczy – jak tworzyć wartościowe więzi z członkami własnej rodziny. To trzeba mieć w sobie.

    Książka może zatem okazać się pomocna, ale nie przesadzałbym z określaniem jej jako dzieło przełomowe lub niezbędne.

     

  • O tym, jak prawie zostałem uleczony…

    depresja

    stars10plus

    Tytuł oryginału: Depression. The Way Out of Your Prison

    Tłumaczenie: Renata Sigrist

    Wydawca: Zysk i S-ka

    Data wydania: 2014

    Liczba stron: 468


    Uff, klauzula ujawnień. Od kilku lat cierpię na kliniczną depresję. Skoro się przyznałem, to teraz pójdzie już łatwiej. Ze wzmiankowanego względu z dużą ostrożnością, ale też i nadzieją podchodziłem do książki Dorothy Rowe. Ostrożność nakazywały mi wcześniejsze doświadczenia z najprzeróżniejszymi poradnikami w stylu „jak żyć, panie premierze?”. Obawiałem się bardzo również, że ze zrozumiałych względów okaże się to dość trudna lektura. Ale żywiłem też, jak wspomniałem, nadzieję – że odnajdę w kolejnych rozdziałach odpowiedzi na pastwiące się nade mną pytania.

    Pierwsze odkrycie już na pierwszych stronach. Od dawna łykam leki znane jako inhibitory wychwytu zwrotnego serotoniny i noradrenaliny. Psychiatria ma dość prosty sposób na depresję – skoro jest ona wynikiem zaburzenia równowagi chemicznej w mózgu, to trzeba taki balans przywrócić. Problem w tym, że leki antydepresyjne nie zawsze działają. Pod wpływem lektury książki zaczynam zastanawiać się. Chwileczkę… Czy ktokolwiek zlecał wykonanie na moim mózgu badania poziomu serotoniny wspomnianej? Skąd właściwie wiadomo, że związki chemiczne w mojej korze mózgowej szaleją? Dorothy Rowe postawiła ponad 30 lat temu zupełnie inną hipotezę. Jej zdaniem, depresja to rodzaj bardzo skomplikowanego mechanizmu obronnego, który sprawia, że myślimy o sobie lepiej (jednocześnie uważając siebie samego za osobę kompletnie beznadziejną – wiem, to brzmi jak paradoks). Tenże mechanizm chroni nas przed bólem i lękiem – jednocześnie budząc zupełnie inne cierpienia i obawy.

    Najważniejsza z lekcji, które autorka każe sobie przyswoić brzmi – koniec z wiecznym ocenianiem samego siebie. To właśnie w ten sposób rodzi się choroba. Drugie przykazanie wydaje się być banalne , ale dla osoby depresyjnej jest wyzwaniem nie lada – zacząć cieszyć się z małych rzeczy. Nie będę zresztą streszczać tej książki. Powiem tylko, że zawiera nie tylko porady terapeutyczne, ale stanowi raczej zbiór kwestii do przemyślenia. Dorothy Rowe nie waha się wpleść między swoje zdania cytatów z innych autorów, a nawet cudzej poezji. Dla mnie to było prawdziwe odkrycie.

    Czy książka mnie wyleczyła? Na racjonalnym poziomie na pewno. W chwilach zdroworozsądkowych umiem spojrzeć na depresję jak na obcą mi istotę, którą potrafiłbym porzucić. Jednak już po przeczytaniu Depresji. Jak skruszyć mury więzienia swojego umysłu wpadłem niestety ponownie w depresyjne stany. A więc na poziomie emocjonalnym depresja pozostaje niestety wierną towarzyszką mojego życia. Jednak jakiś pierwszy krok na drodze ku wyleczeniu na pewno został poczyniony.