Art of Reading
  • Search results for Albatros
  • Kryminał w skorupce McEwana

    Autor: Ian McEwan

    Gatunek: sensacja

    Wydawca: Albatros

    Data wydania: 11 kwietnia 2017 r.

    Liczba stron: 240


    „Lecz oto prawda, która w życiu najbardziej nas ogranicza – zawsze jest tu i teraz, nigdy tam i kiedyś”. Ten cytat z książki Iana McEwana mógłby posłużyć za motto jego całej twórczości. Oto pisarz, który mógłby spokojnie osiąść na laurach, bo napisał już chyba wszystko, co tylko mógł. Jeden z największych prozaików swojego pokolenia, niedościgniony mistrz stylu i nastroju, laureat Bookera i innych, licznych nagród. A jednak Brytyjczyk raz za razem eksploruje zupełnie nowe, literackie krainy – nadając prozie gatunkowej szlachetne rysy pozycji z najwyższej półki. Tak jest również przy okazji najnowszej powieści W skorupce orzecha

    Ileż już książek napisano na temat zdrady? Właściwie trudno o bardziej popularny temat, całe morze wybitnych twórców i grafomanów wyraziło za pośrednictwem prozy swoje zdanie na ten temat. A jednak McEwan pokazuje, że nawet z tak zdartej płyty da się wyodrębnić zupełnie nową melodię. Czyni to dzięki narracji – trzeba przyznać, iż wybór narratora jest dość karkołomny, ale przez to absolutnie wyjątkowy. Wtedy okazuje się, że historia o niewierności zmienia się w kryminał. Czy narrator ma jakąkolwiek szansę, by zapobiec strasznej zbrodni?

    Poza nietypowym ujęciem tematu powieść jest do cna McEwanowska – dostojna, bez zbędnych ozdobników, dopracowana. Każde zdanie to małe arcydzieło – zresztą weźmy to otwierające książkę: „A więc jestem tutaj, obrócony do góry nogami w kobiecie”. Można szukać mnóstwa powiązań – narzuca się tu chociażby skojarzenie z Hamletem, lecz istotna jest cała niesamowita treść, doskonale przyrządzona i podana. Po tym poznajemy naprawdę wielkich pisarzy.

    Można powiedzieć, że mamy dużo szczęścia – jeden z największych żyjących pisarzy tłumaczony jest w zasadzie na bieżąco. Wydawnictwo Albatros wydało chyba cały prozatorski dorobek Anglika. Ach, chciałoby się westchnąć – może niejaki Graham Swift też mógłby doczekać się takich wielbicieli… Ale na razie jest McEwan i cieszmy się z tego.

     

     

  • Pojedynek na słowa, czyli uboczne skutki telepatii

    Autor: Connie Willis

    Gatunek: SF

    Wydawnictwo: Albatros

    Data wydania: 28 czerwca 2017

    Liczba stron: 560


    Connie Willis jest dla mnie zawsze literackim „pewniakiem”, odpowiednikiem murowanego faworyta w wyścigach. Po prostu wiem, czego się spodziewać i żadna z wcześniej przeczytanych książek mnie nie zawiodła. A było ich sporo – PrzejściePrzewodnik stada, Nie licząc psa czy Księga Sądu Ostatecznego, że wymienię wyłącznie powieści. Ze sporym zaskoczeniem czytałem więc już po lekturze recenzje innych czytelników, którzy jako wady Pojedynku na słowa wymieniali te elementy, które w moim poczuciu są właśnie największymi zaletami. Pozorny chaos, humor, rwane tempo akcji. Jak by tu powiedzieć… Amerykanka ma w swoim dorobku ma 11 nagród Hugo oraz 6 nagród Nebula, zatem najwięcej ze wszystkich pisarzy fantastyki naukowej, a to chyba czegoś dowodzi.

    Tym razem przenosimy się w niezbyt odległą przyszłość, która wygląda w zasadzie niemal identycznie jak czasy obecne, z jednym małym wyjątkiem. Oto bowiem media społecznościowe osiągnęły daleko bardziej idące głębie ingerencji w prywatność, a naukowcy wynaleźli rewolucyjną metodę ingerencji w ludzki mózg. Pozwala ona na prawdziwe współodczuwanie emocji, dzięki czemu już nie domyślamy się, lecz dokładnie wiemy, co czuje druga osoba. Nic więc dziwnego, że wspólny zabieg, znany pod nazwą EED, upodobały sobie zakochane pary zdobywając w ten sposób pewność łączącej ich więzi.

    Główna bohaterka, Briddey Flannigan z wielką niecierpliwością oczekuje na EED, które zaproponował jej pracujący w tej samej formie narzeczony. Jej rodzina stanowczo sprzeciwia się operacji, no ale krewni są dość specyficzni – to stary, irlandzki klan mocno irytujących indywiduów. Przed zabiegiem ostrzega dziewczynę również pewien kolega z pracy. Jednak Briddey jest zdecydowana i w tajemnicy poddaje się medyczny procedurom. No i oczywiście coś idzie nie tak, jak powinno…

    Książka Connie Willis jest wielowymiarową satyrą, której ostrze skierowane jest w nowoczesność, życie korporacyjne, ale także i międzyludzkie relacje, te na poziomie społecznym, ale i rodzinnym. Taką formułę trzeba wyczuć – pod tym względem najnowsza powieść przypomina nieco wcześniejszego  Przewodnika stada. 

    Ta książka mnie nie zawiodła, liczę na tłumaczenia innych powieści autorki, jeszcze nieznanych w Polsce. Szczególnie chciałbym tu wymienić Blackout All Clear należące do cyklu oksfordzkiego.

  • Strażak, czyli apokalipsa według ojca

    Tytuł oryginału: The Fireman

    Tłumaczenie: Anna Dobrzańska

    Gatunek: horror

    Wydawnictwo: Albatros

    Data wydania: 2017

    Liczba stron: 800


    Nie da się ukryć, że bardzo lubię pisarstwo Joe Hilla. Nie da się ukryć, że chociaż odżegnuje się on od swojego słynnego ojca, Stephena Kinga, chociażby poprzez ostentacyjnie mylący pseudonim artystyczny, to jednak szczególnie dwie ostatnie powieści czerpią pełnymi garściami z dorobku taty. Strażaka zdążono zresztą określić wariacją na temat ojcowskiego Bastionu. Tyle, że tym razem chyba inspiracja była zbyt silna. Hmmm, Joe Hill poniekąd sam się do tego przyznaje, gdy na początku książki wymienia swoich dostawców weny. Jak to było? „Ray Bradbury, któremu ukradłem tytuł i mój ojciec, któremu ukradłem całą resztę”.

    Czego chcieć więcej, niż te trzy wymienione nazwiska? A jednak, mam ze Strażakiem problem. To nie jest tak dobra książka, jak mogłyby sugerować inspiracje, czy wcześniejsze dokonania młodszego syna autora Lśnienia. Coś tu dramatycznie nie zagrało. Powieść jest irytująco powolna, pełna niepotrzebnych wątków pobocznych i dosyć naiwna. Oto nadeszła apokalipsa pod postacią śmiertelnej choroby. Jej pierwszym objawem są zmiany skórne nieco przypominające tatuaże, a kolejnym (a zarazem ostatnim) – samozapłon tak przyozdobionej osoby. Popiołem jesteś i w popiół się obrócisz – bardzo dosłownie. Okazuje się jednak, że nad ogniem płonącym wewnątrz można zapanować… Niektórzy nosiciele „smoczej łuski” nie płoną. Główna bohaterka – zakażona, a przy okazji ciężarna pielęgniarka, trafia do dziwnej sekty gromadzącej takich zaklinaczy ognia.

    Atmosfera w miasteczku trochę mi przypominała zbiorowość uczących się książek na pamięć u Bradbury’ego. Ale to jedyne dobre skojarzenie. Najbardziej irytowało mnie u Hilla coś, co roboczo nazwałem kiedyś „ukąszeniem science-fiction”.  Mianem tym określam praktykę tłumaczenia rzeczy tajemniczych i mistycznych elementami naukowymi. Najbardziej dobitny przykład? Midchloriany u George’a Lucasa, lecz podobnym zabiegiem posługuje się wielu pisarzy – Jonathan Carroll w kilku powieściach, by wymienić tylko jednego.

    Ale kiedy już wydaje się, że lektura była rozczarowaniem, nadchodzi zakończenie, iście genialne. Sposób, w jaki napisał je Joe Hill podniósł moją ogólną ocenę o dwie gwiazdki. Rzeczywiście, warto czytać do końca.