Art of Reading

Strażak, czyli apokalipsa według ojca

Tytuł oryginału: The Fireman

Tłumaczenie: Anna Dobrzańska

Gatunek: horror

Wydawnictwo: Albatros

Data wydania: 2017

Liczba stron: 800


Nie da się ukryć, że bardzo lubię pisarstwo Joe Hilla. Nie da się ukryć, że chociaż odżegnuje się on od swojego słynnego ojca, Stephena Kinga, chociażby poprzez ostentacyjnie mylący pseudonim artystyczny, to jednak szczególnie dwie ostatnie powieści czerpią pełnymi garściami z dorobku taty. Strażaka zdążono zresztą określić wariacją na temat ojcowskiego Bastionu. Tyle, że tym razem chyba inspiracja była zbyt silna. Hmmm, Joe Hill poniekąd sam się do tego przyznaje, gdy na początku książki wymienia swoich dostawców weny. Jak to było? „Ray Bradbury, któremu ukradłem tytuł i mój ojciec, któremu ukradłem całą resztę”.

Czego chcieć więcej, niż te trzy wymienione nazwiska? A jednak, mam ze Strażakiem problem. To nie jest tak dobra książka, jak mogłyby sugerować inspiracje, czy wcześniejsze dokonania młodszego syna autora Lśnienia. Coś tu dramatycznie nie zagrało. Powieść jest irytująco powolna, pełna niepotrzebnych wątków pobocznych i dosyć naiwna. Oto nadeszła apokalipsa pod postacią śmiertelnej choroby. Jej pierwszym objawem są zmiany skórne nieco przypominające tatuaże, a kolejnym (a zarazem ostatnim) – samozapłon tak przyozdobionej osoby. Popiołem jesteś i w popiół się obrócisz – bardzo dosłownie. Okazuje się jednak, że nad ogniem płonącym wewnątrz można zapanować… Niektórzy nosiciele „smoczej łuski” nie płoną. Główna bohaterka – zakażona, a przy okazji ciężarna pielęgniarka, trafia do dziwnej sekty gromadzącej takich zaklinaczy ognia.

Atmosfera w miasteczku trochę mi przypominała zbiorowość uczących się książek na pamięć u Bradbury’ego. Ale to jedyne dobre skojarzenie. Najbardziej irytowało mnie u Hilla coś, co roboczo nazwałem kiedyś „ukąszeniem science-fiction”.  Mianem tym określam praktykę tłumaczenia rzeczy tajemniczych i mistycznych elementami naukowymi. Najbardziej dobitny przykład? Midchloriany u George’a Lucasa, lecz podobnym zabiegiem posługuje się wielu pisarzy – Jonathan Carroll w kilku powieściach, by wymienić tylko jednego.

Ale kiedy już wydaje się, że lektura była rozczarowaniem, nadchodzi zakończenie, iście genialne. Sposób, w jaki napisał je Joe Hill podniósł moją ogólną ocenę o dwie gwiazdki. Rzeczywiście, warto czytać do końca.

Dodaj komentarz