Art of Reading

Spektrum czasu, czyli prawie jak Kosik po duńsku

Autor: Nanna Foss

Gatunek: YA/SF

Wydawca: Driada

Data wydania: 13 listopada 2017 r.

Liczba stron: 544


Czytanie duńskiej powieści z gatunku Young Adult przez Polaka w kwiecie (tzn. średnim) wieku nie wydaje się na pierwszy rzut oka pomysłem najszczęśliwszym. Nic zatem dziwnego, że nieco obawiałem się lektury pierwszej części cyklu Nanny Foss Spektrum pod tytułem Leonidy. Takie nastawienie pozwoliło mi jednak zawiesić na kołku zbyt wygórowane oczekiwania tyczące się motywacji czy też portretów psychologicznych bohaterów i cieszyć się nieskomplikowaną lekturą. No a poza tym nie zapominajmy, że Duńczykiem był także niejaki Hans Christian Andersen, co jednak nadało nieco specyfiki odczytaniu tej książki.

Z baśniami Andersena Spektrum zbyt wiele wspólnego nie ma. Chyba że jako taki wyznacznik potraktujemy fantastykę jako motyw przewodni. W książce duńskiej pisarki spotykamy sześcioro nastolatków (średnia wieku 15 lat wskazuje chyba jednocześnie na wiek docelowego czytelnika), którzy w dziwnych okolicznościach zostają naznaczeni tajemniczymi ranami na dłoniach. Wbrew pozorom, nie chodzi o stygmaty. 🙂 Niebawem okazuje się, że nabyli w ten sposób umiejętność robienia niewytłumaczalnych rzeczy, no wiecie – telekineza, prorocze sny, magiczne ognie itp. Te supermoce wydają się być związane z pewnym przedmiotem – dziwacznym mechanizmem, do którego pasuje pryzmat noszony na szyi przez jednego z bohaterów.

Z jednej strony zachowanie nastolatków jest chwilami mocno irytujące i niespójne, no ale tak to już w tym wieku bywa. Z drugiej zaś, każdy z bohaterów charakteryzuje się indywidualnymi cechami, nie są wcale kalkami samych siebie, co już można poczytać za zaletę. Akcja długo toczy się w sposób ślamazarny, by pod koniec znacznie przyspieszyć. Rozwiązanie zagadki, a w każdym razie jej części, za bardzo zaskakujące nie jest, lecz próżno by tego chyba oczekiwać. Książka może jednak być dobrym wstępem do science-fiction dla młodych ludzi, którzy nigdy wcześniej się z tym gatunkiem nie zetknęli…

Czytało się zaskakująco dobrze, mam wielką nadzieję, że pozostałe dwa tomy pojawią się niebawem. Zwłaszcza że ocenianie jednej części cyklu niesie ze sobą ryzyko rozczarowania kolejnymi, albo też pozytywnego zaskoczenia – a za tym idzie trudność opisu. Niczym w słynnej przypowieści o słoniu.

PS. Tak. Podobieństwa z cyklem Rafała Kosika  o Feliksie, Necie i Nice naprawdę są.

 

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.