Art of Reading

Przyszłość nadeszła – czyli Wszyscy na Zanzibarze

wszyscy_na_zanzibarze

stars9

Tytuł oryginału: Stand On Zanzibar

Tłumaczenie: Wojciech Szypuła

Gatunek: SF

Wydawnictwo: MAG

Data wydania: 2015

Liczba stron: 670


Nowa seria Wydawnictwa MAG, czyli „Artefakty” ma w swych założeniach przybliżyć polskim czytelnikom klasyczne dzieła science-fiction, których nie mieli oni okazji poznać. Na pierwszy ogień idzie monumentalna powieść Johna Brunnera pt. Wszyscy na Zanzibarze, którą znaliśmy tylko ze słyszenia (lub z okrojonej do fragmentu wersji z wydanej przed ponad 20 laty Drogi do Science Fiction). Jej premiera miała miejsce w 1968 roku, a opisuje świat z… 2010, czyli naszą współczesność. Wizja Brunnera to oczywiście dystopia, lecz czytanie jej z dzisiejszej perspektywy stanowi bardzo ciekawy przyczynek do dyskusji o tym, na ile fantastyka naukowa jest w stanie przewidzieć przyszłość. Bo ta przyszłość z powieści przecież właśnie nadeszła.

Brytyjski pisarz nie ułatwił zadania czytelnikom. Lekko wzorując się na Johnie Dos Passosie, a konkretniej – jego trylogii U.S.A. podzielił książkę na cztery następujące po sobie naprzemiennie części. Można je czytać linearnie, ale spis rozdziałów na początku ułatwia ewentualne eksperymenty w tej materii, niczym w słynnej Grze w klasy. Rozdziały opatrzone hasłem Kontekst stanowią pewne przybliżenie świata przedstawionego powieści – w formie fragmentów fikcyjnych dzieł literackich i filozoficznych. Druga kategoria, czyli Świat tu-i-teraz, zawiera zapis z różnorodnych kanałów informacyjnych komentujących wydarzenia. Rozdziały zawarte w części Na zbliżeniu to z kolei krótkie opowiadania dotyczące drugo- i trzecioplanowych postaci. Wreszcie rozdziały oznaczone jako Ciągłość zawierają główną oś fabuły, w której poznajemy bliżej dwie osoby i dwa kraje.

Wykreowany przez Brunnera wiat jest z jednej strony obcy, a z drugiej – niepokojąco bliski. Wprawdzie dziś naukowcy znacznie ostrożniej wypowiadają się na temat groźby przeludnienia, a technologia podążyła nieco innymi ścieżkami, ale wszystko inne pozostaje zadziwiająco trafną wizją. Problemy z rozrodczością, rosnący odsetek dzieci z wadami genetycznymi, fanatyzm religijny, nadmierny konsumpcjonizm, zapatrzenie w telewizję jako główny nośnik wiedzy i rozrywki – znamy to doskonale. Trudno się zresztą dziwić, skoro socjologiczna warstwa powieści oparta jest w dużej mierze na pracach Marshalla McLuhana, sportretowanego poniekąd w powieści jako niejaki Chad Mulligan.

Niesamowity jest także język tej powieści – w sposób kongenialny przetłumaczony przez Wojciecha Szypułę. Sprawia on, że wizja tej równoległej wersji rzeczywistości pozostaje wyjątkowo spójna. bardzo podobał mi się na przykład neologizm – „afram” oznaczający ciemnoskórego Amerykanina, czyli Afroamerykanina (tego słowa zapewne John Brunner jeszcze nie znał). To jednak tylko jeden z wielu przykładów.

Czy można się do czegoś przyczepić? Coś mi w tej powieści nie pasowało – może to był mało uzasadniony optymizm, jaki przebija zwłaszcza z drugiej części utworu? A może pewne obawy dotyczące eugenicznych przepisów, które dziś wygłaszane są najczęściej przez osoby, z którymi mi nie po drodze? To jednak tylko drobiazgi, bo ogólna ocena jest wysoka, kolejny raz dowodząc, że fantastyka naukowa również może być literaturą z wysokiej półki.

 

 

2 komentarze

Dodaj komentarz