Art of Reading

Po lekturze Greya

Przeczytałem pierwszą część wiadomej trylogii – i zarazem była to część ostatnia. Muszę jednak przyznać, że kilka elementów mocno mnie zaskoczyło. Okazało się na przykład, że książka jest dość sprytnie zakamuflowaną fantastyką naukową. Tak, główna bohaterka ma bowiem super moce! Obok intrygującej umiejętności rozpadania się na milion kawałków w chwili szczytowania, Anastasia Steele dysponuje możliwością porozumiewania się z „wewnętrzną boginią”. Te mistyczne dialogi, podobnie zresztą jak demonstracje wspomnianej predyspozycji do rozkruszania występują w książce co najmniej kilkanaście razy.

Fenomen socjologiczny? Atrakcyjne połączenie „mądrości” Paolo Coelho i soft porno? A może temporalne moresy i okrzyk: „Biada nam wszystkim!”? Sam nie wiem. Najbardziej zdziwiło mnie coś innego. O ile fabuła nawet chwilami intryguje, to w chwili, gdy dochodzimy do pierwszego „momentu”, zaczyna się długa droga w dół. Zostałem językowo zdewastowany i wręcz „rozpadłem się na milion kawałków” (chyba zbyt mocno wczuwając się w lekturę…). Jeszcze nigdy nie czytałem tak beznadziejnie napisanych scen erotycznych. A przecież powinno to stanowić – wedle wszelkich oczekiwań – największą siłę tej książki.

Tym, co w owej „powieści” może ewentualnie zaciekawiać, jest tajemnica tytułowego pana Greya, który na tle bardzo irytującej głównej bohaterki, wyrasta na postać co najmniej intrygującą. Niestety, jego tajemnice autorka postanowiła zdradzić dopiero w drugim, ewentualnie trzecim tomie. Nie osiągnąłem jednak aż tak wysokiego poziomu desperacji…

Przeczytałem 50 twarzy Greya wiedziony ciekawością, bo przecież pisarz powinien wiedzieć, czym kierują się jego ewentualni, przyszli czytelnicy i czytelniczki. Obawiam się jednak, że nie zgłębiłem natury tego zjawiska.

 

3 komentarze

    • Po raz pierwszy było mi wstyd, że przeczytałam książkę… Hmm… No dobrze, przeczytałam wszystkie trzy tomy 🙂 I powiem Ci, że pierwszy tom – w porównaniu z resztą – jeszcze trzyma poziom. Jako kobieta mogę jedynie domniemywać, że sukces tego koszmarku spowodowany jest jakimiś wewnętrznymi ukrytymi pragnieniami znudzonych dam. Może chodzi o to, że większość tych niewiast marzy skrycie o tym, by omotać przystojnego milionera. A może o to, że pociąga nas to, co zakazane. W każdym razie autorka książki wydaje się być taką troszeczkę zakompleksioną dziewczynką, która marzy o tym, by jakiś bogaty, przystojny i wszechstronnie uzdolniony pan wychłostał jej tyłek, a potem przytulił i nakarmił jak dziecko z Etiopii. I żeby nie było, że ona taka lubieżna i wyuzdana, to co chwilę będzie się rumienić, trzepotać rzęsami i przeżywać orgazm jak żołnierz na przepustce… Opisy „scen” mnie irytowały. Nie ma w nich autentyczności. Wszystko jakieś takie „lelum polelum”, jak mawiała pewna Barbara… Ale w porządku. Kobity dostały książkę, której oczekiwały. Pełen zachwyt plus wzrost liczby miłośniczek BDSM. Równowaga w naturze nie została zachwiana. Ale to tylko dlatego, że były tylko trzy tomy 🙂 Dobra recenzja – zgadzam się oczywiście. Współczuję przeżyć duchowych przy lekturze i nie namawiam do skończenia trylogii 🙂

    • Droga Cat 🙂 To drobniutka notatka, a nie recenzja. Recenzją to jest Twój tekst o „Bogu urojonym” 🙂 (też zabieram się do tej książki bardzo ostrożnie). A co do mych przeżyć duchowych – Tu l’as voulu, George Dandin 😉

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.