Art of Reading
  • Mężczyźni zamieniają się w koty – czyli o „Pussy” Piotra Surmaczyńskiego

    Autor: Piotr Surmaczyński 

    Tytuł: Pussy. Faceci mają gorzej

    Gatunek: ?

    Wydawca: Meridiam Publishing London

    Data wydania: 2018

    Liczba stron: ?


    Chciałbym zadedykować tę recenzję wszystkim Nieomylnym, którzy wielokrotnie wyszydzali moje dążenie do skończenia każdej książki, którą zaczynam. „Szkoda twojego czasu”, „Tyle jest książek, że nie warto czytać wszystkiego”, „Po dziesięciu stronach rzuciłem w kąt – szkoda życia” – mówili. I mówią nadal – kompletnie nie zauważając, że zdecydowanie więcej lektur rozczarowuje swoim finałem, a nie początkiem. Przyznam teraz, że po poznaniu przeze mnie jakichś 20% Pussy Piotra Surmaczyńskiego  dawałem jej notę między 2/10 a 3/10. Proszę, policzcie teraz gwiazdki nad tym akapitem. Tak, 10/10! No, jak to? No, tak to.

    Pierwszych kilkadziesiąt stron to w zasadzie czysta pornografia mogąca właściwie posłużyć za scenariusz ostrego filmu pornograficznego (czy pisze się właściwie takie scenariusze?). W dodatku opisane konfiguracje mogą zniesmaczyć przeciętnego czytelnika – czy może być potem jeszcze gorzej, zastanawiałem się. I nagle zwrot akcji, który właściwie wywraca dotychczasową fabułę do góry nogami (tylko bez wizualizacji, proszę), po którym robi się jeszcze dziwniej, przy czym nie mam tu już na myśli Kamasutry, ale całkowitą zmianę konwencji. Jest tu coś z Eduardo Mendozy i jego serii o damskim fryzjerze, znajdziemy groteskę Etgara Kereta, może również jakieś dalekie echa prozy Davida Lodge’a. Ja jednak mam inne, ulubione skojarzenie.

    Forrest Gump. Wszyscy pamiętają zapewne opowieść o niezbyt inteligentnym Amerykaninie (wybaczcie ten eufemizm, ale nie znam obecnie aktualnego, politycznie poprawnego zwrotu). Ten dość specyficzny bohater spotyka najbardziej znanych ludzi swojej epoki, zdobywa i traci fortuny, staje się wzorem do naśladowania. A chociaż narrator powieści Surmaczyńskiego jest raczej inteligentny, to jednocześnie brakuje mu mnóstwa cech, które jeszcze w poprzednim pokoleniu były czymś nieodzownym dla rodzaju męskiego. Śmiałości, zdecydowania, odwagi, jakiejś brutalnej siły nawet i nieokrzesania. Mimo tych deficytów bohater zdobywa prawie wszystko, co sobie zamarzy, przeżywa niesamowite przygody rodem z filmów o 007.

    Mężczyzna bez atrybutów męskości? Kiedyś takiego osobnika określano w sposób jednoznaczny – co zresztą podpowiada sam autor za pomocą wieloznacznego tytułu. To słowo było tak bardzo negatywnie nacechowane (oczywiście jako dopełniające rodzaj męski), że właściwie nie było chyba gorszego epitetu. A dziś? Trochę boję się wysnuwać tak daleko idący wniosek, ale chyba staje się normą, wyznacznikiem średniej. I nie jest to żadne pokłosie feministycznej rewolucji, triumf filozofii gender, czy jakieś złowrogie spiski homoseksualnego lobby. Mężczyźni nie odnaleźli po prostu wciąż jeszcze swojego miejsca w nowym układzie sił, strąceni z patriarchalnego piedestału nie umieją stawać obok kobiet ramię w ramię. Wygodniej im przyjąć rolę domowego futrzaka, od którego nie wymaga się odpowiedzialności.

    A może odczytałem intencje autora w sposób kompletnie odbiegający od rzeczywistości? Jeśli tak, to nadrobię braki w literaturze – nie znam nowego Zimbardo, obawiałem się też lektury Dzikiego serca Johna Eldredge’a. Poczytam nawet apostołów coachingu, chociaż w tym przypadku będzie najtrudniej się przełamać. Książka Piotra Surmaczyńskiego jest jednak naprawdę dobra, nawet jeżeli odczyta się ją na swój własny sposób.

     

  • Nie piszę za darmo

    Moje dwie znajome śmiertelnie poważnie pokłóciły się o kwestię recenzowania za pieniądze. Najciekawsze jest w całej sprawie to, że obie oponentki tak zniekształciły w toku dyskusji argumenty przeciwnych stron, że nie dostrzegły tworzącej się dość oczywistej rozbieżności – dyskutowały bowiem na dwóch innych płaszczyznach, co sprawiło, iż do porozumienia nie miało szansy dojść. Smutne to.

    Co do meritum – uważam, że egzemplarz recenzencki jest najniższą możliwą formą zapłaty za recenzję. W końcu za 2-10 tys. znaków bloger otrzymuje równowartość 30-40 zł. To nie jest zbyt wygórowana stawka (nawet biorąc pod uwagę dramatycznie obniżone średnie rynkowe). Nigdy nie recenzuję więc książek, które musiałem kupić. Taką zasadę przyjąłem. Nawet jeżeli chciałbym coś zrecenzować, a wydawca nie dysponuje darmowym egzemplarzem, to książkę kupię, ale recenzji nie napiszę. To chyba przejrzyste i uczciwe.

    Sugerowanie, że ktoś będzie nierzetelny, bo przecież dostał książkę „za darmo” jest naprawdę niskie i niegodne. W ten sposób ktoś wycenia, dajmy na to, mój honor i moją obiektywność na 30 zł. Pogódźmy się wreszcie z tą strasznie wywrotową tezą, że za pracę należy się zapłata (choćby podła i śmiechu godna).

  • Nieprawdziwe miejsca, czyli Przeczywistość Marka Zychli

    Autor: Marek Zychla

    Gatunek: horror

    Wydawnictwo: Gmork

    Data wydania: 11 grudnia 2017 r.

    Liczba stron: 280


    Z prozą Marka Zychli zawsze mam ten sam problem. Jest ona tak bardzo oryginalna, że wymyka się nie tylko wszelkim szufladkom i etykietkom, ale również zwyczajnym standardom oceny. Niczym na palecie malarza – przeciwstawne barwy łączą się w kolor niepodobny do żadnej z pierwotnych części składowych. Przypomina to też pewną starą zabawę pisarską, w której padają zupełnie losowe pomysły, a zadaniem graczy jest idealne ich połączenie. A może tak właśnie się u Marka Zychli zaczęło? Może ktoś powiedział mu – weź stare horrory Łukasza Orbitowskiego i połącz je z irlandzką mitologią. Dasz radę? A Marek Zychla na to – potrzymaj piwo…

    Żarty żartami, ale jednak wypada podjąć się przynajmniej próby krytycznego spojrzenia. Przede wszystkim, każde z zamieszczonych w zbiorze Przeczywistość ośmiu opowiadań zaskakuje. To nie są teksty pisane podług jednego schematu, wykorzystujące nietypowe zderzenie różnorodnych światów. Być może jedyną cechą wspólną zebranych utworów jest leitmotiv „krzywego zwierciadła” ukazującego naszą przeczy-wistość. Czego tu nie ma? Postapo, opowieść o ataku zombie, groteskowa baśń, a nawet (dość odległe, lecz jednak!) nawiązanie do Folwarku zwierzęcego George’a Orwella. Za każdym jednak razem otrzymujemy też garść gorzkich refleksji na temat współczesności – blokowisk ukrywających mroczne sekrety „zwyczajnych” ludzi, tęsknoty za własnym miejscem w realiach spętanych przez konsumpcjonizm, zmierzchu starych religii.

    Styl Marka Zychli nie jest galopadą błyskotliwych bon motów, ale daleko mu również do filozoficznych dywagacji upstrzonych niezrozumiałymi definicjami. Jest, cóż, specyficzny. Trzeba się do niego dość długo przyzwyczajać, ale w pewny momencie staje się całkowicie przezroczysty – i nagle czytelnik spostrzega, że „mówi i myśli Zychlą”. To chyba duży komplement dla autora, gdy słyszy, że wykształcił całkowicie oryginalny język dyskursu. Tak właśnie rzeczy się mają z Twoim pisaniem, Marku! Brawo! Jednak dokładając nieco dziegciu – chwilami można odnieść wrażenie, że ta stylistyka niejako piętnuje wszystko inne, włącznie z treścią. Rozwiązania fabularne stają się wtedy chyba zbyt udziwnione…

    Warto też jednak zauważyć, że całość zbioru została bardzo dobrze przemyślana – poszczególne teksty wchodzą ze sobą w dyskusję – niewątpliwie pomocne są tu krótkie wprowadzenia między utworami. Duży plus również za redakcję i za naprawdę cudowną okładkę. Czekamy zatem na kolejne wydawnictwa z Wydawnictwa Gmork!