Art of Reading

O szybkim czytaniu

Wziąłem kurs szybkiego czytania, zdołałem przeczytać „Wojnę i pokój” w dwadzieścia minut. To jest o Rosji – te słowa Woody’ego Allena często do mnie wracają, przy okazji wyrażając także mój stosunek do tematu. Z pewnym rozbawieniem traktuję wypowiedzi ekspertów przekonujących, że poprawienie szybkości lektury to niezbędna inwestycja dla nowoczesnego człowieka. Może dla biznesmena czytającego tylko i wyłącznie proste raporty i zestawienia (bo przecież jego czas jest zbyt cenny, by marnotrawić go na czytanie beletrystyki…).  Czym jest ta metoda? Tak naprawdę to tzw. „szał sezonowej mody”, podobnie jak programowanie neurolingwistyczne, sekretna sztuka przyciągania pieniędzy i inne rewelacje serwowane przez profesjonalnych doradców. Jeżeli ktoś nie wierzy, proponuję, żeby używając nabytej umiejętności speed reading, spróbował zmierzyć się z tekstami Derridy, Wittgensteina albo choćby Simone Weil. Prędkość czytania musi zabijać siłę przekazu. Kropka.

A teraz stanę na środku pokoju i jednocześnie przejdę do jednego z kątów, by stamtąd cisnąć w siebie kamieniem. Sam czytam za szybko. Wprawdzie nie opanowałem żadnej z modnych technik, lecz i tak pochłaniam statystycznie więcej książek niż przeciętny Polak. Chwilami, w tym nieustającym pędzie, bo przecież „tak dużo książek, tak mało czasu” zastanawiam się, czy coś mi nie umyka. Oczywiście, moje tempo jest zróżnicowane – niektóre lektury połykane są w jeden dzień, na inne muszę strawić tych dni kilka, czasem (bardzo rzadko) kilkanaście. Jednak gdy inni chwalą się różnymi czytelniczymi wyzwaniami, liczbą przeczytanych stron od początku roku itp., to ja zastanawiam się, czy to jest właśnie owo przesławne „oczytanie”? Ile znacie książek z kanonu 100 dzieł literackich, które każdy powinien poznać? Ja najwyżej połowę.

Czytajmy we własnym tempie. Niech chwile spędzone z książką będą przyjemnym rytuałem, a nie biciem rekordów. A wrodzona przekora każe mi zapewne niebawem jednak przeczytać „Podręcznik szybkiego czytania”…

Dodaj komentarz