Art of Reading

O samotnikowaceniu bez ciarek

Ymar

Z Magdaleną Kałużyńską rozmawia Krzysztof Maciejewski

Art Of Reading: Zacznijmy od ostatniej książki, czyli Alvethor – Białe Miejsce… Przerwałaś opowieść w dość nerwowym momencie – pierwszy tom kończy się klasycznym „cliffhangerem”. Możesz zdradzić, jak zaczyna się tom drugi?

Magdalena Kałużyńska: Chętnie odpowiem. Może nie tak wylewnie, nie streszczę kwestii tajemniczych, ale co nieco mogę pary puścić. Zakończenie tomu pierwszego, w stylu „cliffhangera” było oczywiście celowe, ale pisałam je ze ściśniętym gardłem. Dlaczego? Sama się musiałam powstrzymać, żeby nie dopisać jeszcze kilku zdań… A następnie jeszcze kilku… I jeszcze… To by zepsuło efekt. Przyznam, że wielokrotnie myślałam, żeby to zakończenie zmienić. Ale zostawiłam.
A tom drugi zaczyna się, kiedy pod kostnicę miejską zajeżdżają policjanci oraz straż pożarna, ponieważ było telefoniczne zgłoszenie o włamaniu. Lekarz pełniący nocny dyżur nie odpowiada na dzwonek do drzwi i nawoływania, światła są pogaszone, wszędzie cisza martwa…

AOR: Oooo, już się wczuwam w atmosferę!

Magdalena Kałużyńska: Poczekaj, nie znasz ciągu dalszego. Jeszcze się rozczarujesz…

AOR: Nie sądzę 🙂 Lubię niespodzianki, więc nie będę dalej drążyć. Ale coś mi jeszcze powiedz o Alvethorze…

Magdalena Kałużyńska: Ogólnie powiem, że nie planowałam pisać powieści wielotomowej.

AOR: ???

Magdalena Kałużyńska: A żebyś wiedział. Jakiś czas temu, nie pamiętam, kiedy to było, komuś powiedziałam, a może umieściłam taką teorię w którymś z felietonów, że horror nie może być za długi, bo wtedy jest jak ciąża przenoszona. Że przecież nie sposób utrzymać akcję „na wysokich obrotach” i trzymać Czytelnika na ostrzu noża przez 800 stron. Że połowa tego wystarczy. Innymi słowy – horror nie może być ani za długi, bo nastrój szlag trafi, ani za krótki, bo tego nastroju horroru/grozy nie będzie jak wywołać… I nagle złapałam się na tym, że stawiając kropkę w Alvethor – Białe Miejsce… łamię własną zasadę i zaczynam koncypować ciąg dalszy. Niedawno usłyszałam, że ktoś by wolał przeczytać cegłę tysiącstronicową niż czekać nie wiadomo jak długo na ciąg dalszy opowieści. To jednocześnie jest miłe, a „drugocześnie”, umieszczając wszystkie wątki, wszystkich bohaterów, wszystkie teorie i całą akcję w tego rodzaju ogromnej objętości zmieniłabym wydźwięk całej opowieści. Dlatego, kiedy już wpadłam na pomysł kontynuacji przygód wesołej gromadki bohaterów Alvethor – Białe Miejsce, stwierdziłam, że podzielę akcję na kilka mniejszych odsłon, żeby wilk był syty (horror nie za długi) oraz owca cała (kontynuowana historia). Tak to wyglądało, w telegraficznym skrócie.

AOR: No dobrze… Byłem w Krakowie, gdy tłumaczyłaś czytelnikom zasady funkcjonowania świata przedstawionego w tej powieści. A możesz to wyjaśnić krócej, bez rysunków? Takie wyjaśnienie kwantyfikacją tezy?

Magdalena Kałużyńska: Wyjaśnienie kwantyfikacją tezy zajmie mi kilka tomów. Ale spróbuję. Coś się chce dostać do naszego świata, żeby uzupełnić braki, lecz braków w ten sposób raczej nie może to coś uzupełniać, gdyż to czyni bałagan i rozwałkę, dodatkowo ktoś/coś innego pojawia się, żeby to coś bałaganiarskiego powstrzymać i jeszcze wychodzi na to, że to coś bałaganiarskie pojawiło się w naszym świecie z rozkazu jeszcze kogoś/czegoś innego, które to ktoś/coś stwierdziło sobie pewnego dnia pięknego, że ludzki świat jest generalnie do kasacji. Coś tam, coś tam, a może by taki mały „reset”? Nikt przecież nie zauważy, skoro nikt nie przeżyje. No, ale to coś/ktoś nie przewidziało, że ludzie, i że to i owo. Plus dorzuciłam kilka teorii naukowych i wątki poboczne. I kilka dodatkowych postaci

AOR: A skąd pomysł, żeby w rolę bohaterów książki wcielili się czytelnicy? Chodzi mi oczywiście o udostępnienie danych osobowych 🙂

Magdalena Kałużyńska: Może z lekkiej przekory. Po publikacji opowiadania w antologii 13 ran doszły mnie słuchy, że może i fajnie, może i ciekawie, ale niewiarygodnie. Coś w stylu: „Budzik mnie obudził, ale nie przekonał”. Że może i pomysł, może i wykonanie, ale zero nastroju, bo nieprawdziwie. A bohaterowie tacy sami, jak ja – dosłownie moja kalka, że jakby jeden z drugim „czytał moją rozmowę ze mną”… Pomyślałam sobie – a taki owaki krytykancie jeden, chcesz wiarygodnych bohaterów w niewiarygodnych sytuacjach?! A proszę bardzo!
Niewiele myśląc zagadnęłam kilka osób, z którymi o czymś tam wtedy rozmawiałam na fejsowym czacie. Cóż, zgodzili się i… tak to wyglądało. Nie do końca zdawałam sobie sprawę, co poczyniłam, ale widocznie to nie był warunek konieczny.

AOR: Wychodzi mi z tego, że wiele rzeczy robisz pod wpływem impulsu…

Magdalena Kałużyńska: Tak, wiele rzeczy robię pod wpływem impulsu i tego rodzaju instynktowne decyzje są najczęściej moimi decyzjami słusznymi. Gorzej, jeżeli zacznę się zastanawiać, rozpatrywać wszelkie „za” i „przeciw”, plusy i minusy, możliwe albo niemożliwe konsekwencje… Wtedy nic nie zrobię.

AOR: Udzielasz się ostatnio także jako radiowiec. Znajdujesz się w tym fachu?

Magdalena Kałużyńska: Decyzja o udzielaniu się w RDJ-o również była podjęta w sposób spontaniczny. I tak, znajduję się w fachu radiowca. Spodobało mi się.

AOR: Słychać to w eterze…

Magdalena Kałużyńska: Ale to naprawdę fajna sprawa perorować do radiowego mikrofonu. Oczywiście musiałam się nauczyć do tego mikrofonu mówić. Jeszcze trochę czasu potrzeba, żebym nabrała tak zwanego radiowego mruczącego manieryzmu… Uśmiałam się teraz. A tak na poważnie – radio to naprawdę coś fajnego. Odkąd pamiętam, wolałam radio od telewizji. Gdzieś tam, kiedyś marzyłam, żeby pracować w radiu. Można powiedzieć, że w jakimś stopniu moje marzenie się spełniło. Oczywiście nie samo z siebie, ale dzięki inicjatywie Grzegorza Raczka. Bo gdyby nie on, to perorować bym mogła, ale… do ściany.

AOR: A co sądzisz o (pół)światku polskiej grozy? W nim się odnajdujesz?

Magdalena Kałużyńska: Polski pół-światek grozy i czy się w nim odnajduję. Dobre pytanie. Naprawdę dobre. Ponownie odpowiem w stylu „i tak, i nie”. Należę do typowych odludków, samotników. I dlatego nie odnajduję się w światku polskiej grozy, ze względu na ludzi właśnie. Jednocześnie mając styczność z tym środowiskiem poznałam… Ludzi podobnych do mnie, tak samo wyalienowanych i tak samo mających lekkie opory, żeby się gromadnie i stadnie socjalizować. Można powiedzieć, że z tymi osobami się odnalazłam w naszym wyalienowaniu, albo „samotnikowaceniu” – jeżeli dobrze to określiłam. Środowisko polskiej grozy, czy jak to pięknie ująłeś „pół-światek”, to ludzie z artystycznymi duszami. A wiadomo, niekiedy, że artyści to dziwacy i wrażliwcy… Czyli odnajduję się w światku polskiej grozy w trybie pół na pół, i to też nie zawsze. Czy moja odpowiedź jest satysfakcjonująca?

AOR: Jak najbardziej 🙂 Tu miała paść prośba o kilka słów o wydawcach… Ale chyba znam te słowa i żadnego nie da się zacytować przed 23 (a wywiad przeprowadzamy o 22.20)…

Magdalena Kałużyńska: Nie podchodzę do tej kwestii w trybie tworzenia obozów: autorzy po jednej stronie, wydawcy po drugiej, między nimi przepaść i tylko co jakiś czas któryś ze śmiałków przechodzi na tę drugą stronę. Albo i nie przechodzi, tylko w przepaść wpada z kretesem, gdyż między autorami a wydawcami jest tylko wąska, drewniana i do tego cienka niczym papier, chybocząca się na wietrze, kładka… Jeżeli chodzi o wydawców, to jestem przeciwna współfinansowaniu oraz wydawaniu w trybie „selfbublishing”. Tak, bublishing! 😀 I tyle w temacie.

AOR: Czy czegoś się boisz?

Magdalena Kałużyńska: Tak prywatnie, to boję się latać samolotem i generalnie mam lęk wysokości. No i czasami, patrząc w niebo, boję się ujrzeć zbliżającą się do Ziemi przeogromną asteroidę… To by było na tyle moich obaw. Chyba 🙂

AOR: A nie obawiasz się „najwyższego stopnia zagrożenia”?

Magdalena Kałużyńska: Wiesz… I tak, i nie. Z jednej strony najwyższy stopień zagrożenia to jest sytuacja patowa, cokolwiek człowiek zrobi, gdziekolwiek nie ucieknie, marnie skończy. A z drugiej – ten lęk wyzwala niemożebną chęć do obrony, wyzwala takie odruchy, do których nie byłoby się zdolnym w sytuacji lekkiej, łatwej i przyjemnej. Mówiąc inaczej – najwyższy stopień zagrożenia napawa mnie lękiem, przerażeniem, a jednocześnie fascynuje. Trudno to określić. Wielokrotnie stałam jak kołek, zadzierałam głowę i wyobrażałam sobie tę asteroidę na nieboskłonie…

KAŁUŻYŃSKA Magdalena_Alvathor front grzbiet.indd

AOR: Czego szukasz w horrorach, które jak obstawiam pochłaniasz (tych książkowych, ale i tych filmowych lub muzycznych)?

Magdalena Kałużyńska: W horrorach szukam dreszczu emocji oraz ciarek na skórze – bo niby gdzie miałyby się te ciarki umiejscawiać. Ale, wstyd się przyznać, ostatnio tego dreszczu emocji nie znajduję i co obejrzę jakiś horror filmowy, to albo się nudzę, albo zasypiam. Dopadła mnie znieczulica, albo stan określany przez powiedzenie, że „szewc bez butów chodzi”.

AOR: Może dlatego, że znasz warsztat i wiesz, jakimi metodami takie ciarki się – technicznie rzecz ujmując – uruchamia?

Magdalena Kałużyńska: Chyba tak, coś w tym stylu… Odświeżyłam sobie niedawno Lustro, albo może – w zależności od tłumaczenia – Lustra. Jakiś czas temu oglądałam zarówno oryginał, jak i wersję amerykańską. Pierwszą część i drugą. Bardzo lubię tego rodzaju motywy z lustrami, miałam naprawdę wielką ochotę na tego rodzaju klimaty. Włączyłam film, oglądałam z zamiarem pierwotnego zachwytu nad zastosowanymi w filmie trikami wywołującymi ciarki. Pamiętałam, że podczas niegdysiejszego pierwszego seansu nawet jakaś rzeczona ciarka się pojawiła… A teraz?
Nic, kompletnie. Masz rację, ja oglądam horrory od strony „technicznej”. Niekiedy nawet się zastanawiam, jak ja bym to napisała. Często bywało tak, że film sobie leciał, a ja odwracałam się do laptopa i zaczynałam pisać jakieś scenki. Ot, żeby sobie warsztat wyrobić.
I teraz, kiedy ktoś mi mówi, że jakiś straszny horror obejrzał, spać nie mógł, albo po obejrzeniu tegoż horroru bał się przejść nocą z sypialni do toalety… Kiedy coś takiego słyszę, to w pewnym stopniu nawet temu oblanemu strachem człowiekowi zazdroszczę.

AOR: Wszyscy zapewne pytają, kiedy będzie drugi tom. Dość denerwujące pytanie dla każdego pisarza… Ja zapytam, czy masz już jakieś plany na kolejne książki po trylogii…

Magdalena Kałużyńska: Wszyscy pytają, kiedy będzie drugi tom i mają prawo pytać, natomiast autor ma prawo nie udzielić odpowiedzi. Bo co można powiedzieć? Będzie, kiedy skończę pisać. A kiedy skończę pisać? Jeżeli dobrze pójdzie, za kilka miesięcy. Ile to jest „kilka”? Czy nie mogę pisać szybciej? To znaczy, że ja dopiero piszę drugi tom? Tak?? I tak, i nie. Światło dzienne ujrzała jakaś opowieść, a precyzyjniej część pierwsza. Praktycznie rzecz biorąc, już mam całą opowieść gotową, całą akcję i zakończenie, czyli pełno papierów, notatek, bazgrołów i plików w komputerze. Nic, tylko siąść i zebrać to wszystko do kupy – mógłby ktoś powiedzieć. Owszem, jak najbardziej, tylko że ta opowieść… się zmienia. I nie pokażę ludziom części drugiej, dopóki nie stwierdzę, że się ta druga część nadaje do pokazania. Mogę tak odpowiedzieć?
A że dużo myślę, to w międzyczasie wpadła mi do głowy „prosta historia jednotomowa” o epidemii tajemniczej choroby. Z tym, że od razu wyjaśnię: każdy mój pomysł na tekst – opowiadanie lub książkę, zaczynał się od mojego stwierdzenia – ot, prosta historia to będzie. Żadnych udziwnień.

Gdyż ja generalnie wychodzę z założenia, że nie należy sobie życia komplikować.

AOR: Dziękuję za rozmowę.

 

Dodaj komentarz