Art of Reading

O potrzebie wskrzeszania

Pamiętam dobrze święte oburzenie, jakim zapałałem, dowiedziawszy się o tym projekcie. Spadkobiercy wielkiej Agathy Christie, zapewne z czystego altruizmu, postanowili wyrazić zgodę na napisanie kolejnej powieści z Herkulesem Poirotem w roli głównej. Jakże można bezcześcić legendę, cóż za tupet niewiarygodny – te myśli u mnie dominowały. Podobną reakcję wywołał również fakt pojawienia się na rynku nieco wcześniej książki Anthony’ego Horowitza pt. Dom jedwabny. Bezwstydne epigoństwo, żerowanie na niskich instynktach, skok na kasę! Tyle że w obu tych przypadkach dałem się zwieść własnym uprzedzeniom.

Jestem właśnie po lekturze Inicjałów zbrodni Sophie Hannah i wspomnianego  Domu jedwabnego. Trudno uwierzyć, ale obojgu autorom udała się rzecz z pogranicza fantastyki i parapsychologii – wskrzesili duchy Agathy Christie i Arthura Conan Doyle’a. Klimat, nastrój, podobieństwo postaci wdrukowanych w socjologiczne matryce pamięci, mimo że postrzeganych z nieco innego punktu widzenia. Wszystko tu jest, wszystkiemu przyglądałem się nawet specjalnie tak, by wychwycić nieuniknione, w mym przekonaniu zgrzyty, wszystko jednak znakomicie się obroniło przed tym okrutnym spojrzeniem. Te książki to rodzaj hołdu – nie są one, jak czytałem w wielu recenzjach, próbami naśladownictwa stylu danych mistrzów. Jak w ogóle można stawiać zarzut tego typu, który powtarzał się u wielu blogerów – że oto autorka Inicjałów zbrodni nie dość bałwochwalczo odniosła się do belgijskiego detektywa, że narrator nie czuje do niego bezgranicznego uwielbienia? Tymczasem mamy tu idealnie przedstawiony sposób myślenia Poirota i nawet sugestię, że mógł on być postacią irytującą. U Horowitza z kolei takim wzbogaceniem legendy jest próba nadania Sherlockowi Holmesowi uczuciowej głębi, która w przypadku pierwowzoru schodziła zwykle na drugi, albo i trzeci, plan.

Drzemie w nas potrzeba wskrzeszania dawnych bohaterów, powrotu do zachwytów z młodości i dzieciństwa, współgrająca być może odrobinę z chęcią sentymentalnego powrotu do czasów, gdy świat miał nieco więcej barw. Potrzebę tę wykorzystują reżyserzy tworzący remaki starych filmów, kontynuujący historie przerwane przed laty stopklatką. Póki jeszcze nie zżarł mnie do cna cynizm, chcę wierzyć, że nie chodzi tylko i wyłącznie o finansowe względy, że ludźmi sterują czasami także inne rodzaje motywacji. Weźmy inny przykład – muzyczny. Covery dawnych przebojów. Wiem, zwykle są beznadziejne. Ale zdarza się też taki Jeff Buckley nagrywający Hallelujah Cohena tak, że coś ściska głęboko w gardle.

Biorę to wszystko pod uwagę. Ale nakręcenie kolejnej części Indiany Jonesa bez Harrisona Forda to i tak skandal.

One Response

Dodaj komentarz