Art of Reading

Nie tylko o recenzowaniu

Kilka dni temu przeczytałem na lubimyczytać.pl naprawdę zjadliwą i miażdżącą recenzję swojej książki Album, nie taką zwyczajnie negatywną, lecz najostrzejszą ze wszystkich, jakie do tej pory pojawiły się w prasie i internecie. Mój zbiór otrzymał zaledwie dwie gwiazdki na dziesięć możliwych w punktacji tego szacownego portalu. Z początku naprawdę poczułem na sobie siłę tej krytyki, lecz nieco później sprawdziłem inne teksty rzeczonego recenzenta. Okazało się, że Album zyskał u niego identyczną ocenę jak Diuna Franka Herberta, co mnie – przyznam z pewną skruchą – znacznie uspokoiło. Najwyraźniej moje pisanie nie jest przeznaczone dla każdego czytelnika, podobnie jak wiekopomne dzieło o rodach Atrydów i Harkonnenów. Przez chwilkę ogrzewałem się w małym blasku pychy, lecz wkrótce nawiedziła mnie inna refleksja. Aby ją wyjaśnić, muszę posłużyć się retrospekcją…

Parę tygodni temu Facebook stał się areną pewnej głośnej afery, która mocno wstrząsnęła pisarskim światkiem. W największym skrócie: znanego pisarza przyłapano na niecnym procederze publikowania bardzo negatywnych recenzji swojej konkurencji pod pseudonimem, który jednak kilku osobom udało się rozszyfrować. Pikanterii wszystkiemu dodaje fakt, że rzeczony autor pod swoim prawdziwym nazwiskiem wychwalał te same książki pod niebiosa na wszelakich łamach. Sprawa miała ciąg dalszy. Przydybany literat zaczął tłumaczyć się, że prowokacja odbyła się w ramach socjologicznego eksperymentu, czy raczej prac badawczych związanych z przygotowywaną do druku powieścią. Spora część internautów wzięła owe tłumaczenie za dobrą monetę. Mnie jednak niezbyt przekonało.

Nie twierdzę, że moja książka padła ofiarą analogicznego zabiegu. Nie upieram się, że recenzje w obydwu przypadkach napisała ta sama osoba – jak widać nie zamierzam nawet tu ujawniać personaliów schwytanego na gorącym uczynku pseudokrytyka. Chociaż korci mnie, by stwierdzić, że pewne przesłanki przemawiają za słusznością podejrzeń. Chciałem jednak o czymś innym…

Wielu moich znajomych stoi na stanowisku, że pisarze nie powinni być recenzentami. A jeżeli już nimi są, to nie przystoi im pisać o książkach kolegów po piórze. Nie podzielam tej postawy, na miły Bóg! Przecież podpisujemy swoje teksty krytyczne imieniem i nazwiskiem, co stanowić ma rękojmię bezstronności i uczciwości. To powinno wystarczyć. A jednak – czymś zgoła innym jest publikowanie anonimowych opinii. Takich, za którymi chowają się ci nieumiejący patrzeć prosto w oczy. Jeżeli jesteś w stanie się podpisać pod artykułem, stawiając na szali własną wiarygodność, to możesz być spokojny w obliczu oskarżeń o kumoterstwo. Czy też niszczenie konkurencji.

 

 

One Response

    • Co do recenzowania książek innych pisarzy – zgadzam się w pełni. Pisarz to też czytelnik, a więc czemu miałby nie mieć swojej opinii o przeczytanym dziele? Więcej – skoro sam wie, ile trudu kosztuje napisanie dobrej powieści, więc tym cenniejsza (teoretycznie) powinna być jego ocena. O ile oczywiście nie płynie z niskich pobudek. Zawiść, zazdrość… To mocno przesłania oczy. Cóż jednak zrobić? Pisarz też człowiek. O każdej przeczytanej książce mam swoje zdanie, lecz nie o każdej chce mi się pisać. Głównie z uwagi na brak czasu, nie zaś z obawy o odwet czy choćby niezadowolenie „konkurenta”.
      Natomiast co do zawistnej oceny Pana książki – proszę się nie przejmować, tylko dalej robić swoje. Szkoda w ogóle pakować się w jakieś słowne utarczki, szczególnie z anonimowymi narwańcami. Najlepszą „zemstą” jest po prostu kolejna dobrze napisana i wypuszczona w świat książka. Prawdziwy czytelnik doceni.
      PS Bardzo lubię Pana bloga, zaglądam regularnie. Cenię zamieszczane tu opinie, podziwiam też konsekwencję i upór, jaki wkłada Pan w jego prowadzenie. To naprawdę wymaga i wiele pracy, i wiele czasu. Szczególnie jeśli człowiek sam myśli o zawodowym pisaniu prozy.

Dodaj komentarz