Art of Reading

Lampiony, czyli trzeci żywioł Bondy

Autor: Katarzyna Bonda

Gatunek: sensacja

Wydawca: Muza

Data wydania: 2016

Liczba stron: 640


Pisząc recenzję książki samej „królowej polskiego kryminału” trzeba nieco uważać by nie otrzeć się o obrazę majestatu. Świadom tego ryzyka muszę jednak napisać, że Lampiony są bez wątpienia najsłabszym dziełem Katarzyny Bondy i jednocześnie jednym ze słabszych kryminałów, jakie ostatnio miałem okazję poznać. Skąd taka ocena?

Trzeci tom opowieści o profilerce Saszy Załuskiej to portret miasta Łodzi – i być może jedynie to miasto wypada w tej książce ciekawie. Początkowe rozdziały rzeczywiście ukazują jego specyfikę, lecz w pewnym momencie uświadamiamy sobie, że tego klimatu jest jakby… za dużo. W porządku – nakreślenie ram akcji, zarysowanie miejsca, uwypuklenie scenografii – te wszystkie elementy są bez wątpienia przydatne, ale nie mogą one zastępować samej kryminalnej intrygi. Tymczasem zaproponowane przez pisarkę rozwiązania fabularne są, delikatnie rzecz ujmując, niezbyt interesujące. Może dlatego, że w Lampionach mamy do czynienia ze swoistą autokarykaturą?

Katarzyna Bonda często poświęca tempo akcji, by zatrzymać się na czasem fascynujących, ale nieco częściej nużących szczegółach. Tak było w przypadku wcześniejszej serii z Hubertem Meyerem, to samo powtarzało się w Pochłaniaczu Okularniku  – poprzednich częściach cyklu o Saszy Załuskiej. Tak, wiem – autorka często mówi o tym, jak ważne jest dla niej prawidłowe i profesjonalne odwzorowanie pracy policji, ale czasami niestety przesadza z detalami. Jeszcze we wcześniejszych książkach tego typu „dłużyzny” broniły się – bo akcja była ciekawa, a intryga kryminalna nie stanowiła wcale najważniejszej wartości książek. W Lampionach już tych elementów zabrakło, co tylko uwypukliło niedostatki konstrukcyjne.

Fabuła stanowi tym razem piętę achillesową powieści. Jest ona tak nieprawdopodobna (ISIS w Polsce, terroryzm, do tego machlojki związane z nieruchomościami, do tego wywiad). Jest obfitująca w taką ilość wątków i postaci pobocznych (ilość nie jest błędem – chodzi naprawdę o wielkość niepoliczalną), że wszelkie zalety automatycznie idą na drugi, albo i trzeci plan. Przeczytałem Lampiony tylko i wyłącznie ze względu na sentyment do wcześniejszych książek. I ten sentyment tłumaczy stosunkowo wysoką ocenę…

 

Dodaj komentarz