Art of Reading

Krzywda, wielka krzywda

Wyspy szczęśliwe Beata Katarzyna Tyszkiewicz2

stars4

 

Tytuł: Wyspy szczęśliwe
Autor: Beata Katarzyna Tyszkiewicz

Gatunek: beletrystyka
Wydawca: WFW
Data wydania: 2014
Strony: 200


 

Od tygodnia już zastanawiam się, co uczyniła Beata Katarzyna Tyszkiewicz komuś z wydawnictwa, które opublikowało jej najnowszą książkę. Jakiego upokorzenia z jej winy doznali? Jakiż to sekret się kryje za całą tą sprawą, a może jakaś epicka historia zwaśnionych rodów, mroczna opowieść o zemście po latach? Wendetcie, która pustoszy serca i łamie dusze? Coś musiało się wydarzyć, czego nie byłem świadomy, coś, co tłumaczyłoby tak przerażającą krzywdę, jaką postanowili wyrządzić autorce. Jaka to krzywda? Przyjęcie jej książki do druku.

Żarty na bok. Proszę zwrócić uwagę na wydawcę – to Warszawska Firma Wydawnicza – a więc oficyna, w której autorzy płacą za wydanie ich książek. I wszystko jasne. Nie ma żadnych spisków, żadnej krwawej dintojry, ani kodeksu Hammurabiego. Tak to się niestety odbywa w tym świecie – i właśnie dlatego pisarze, którzy zadebiutowali w roli tzw. self-publisherów mają mizerne szanse na wydrukowanie kolejnych swych wiekopomnych dzieł u wydawcy z prawdziwego zdarzenia. Płacenie za wydanie własnej książki jest jak niezmywalne piętno.

Wróćmy do Wysp szczęśliwych. Ta książka w tej formie nie powinna się ukazać. Nie poddano jej nawet wstępnej obróbce, nie mówiąc o fachowej redakcji. Z niedowierzaniem przeczytałem na stronie internetowej wydawcy: „Warszawska Firma Wydawnicza dysponuje zespołem doświadczonych redaktorów, korektorów, grafików i recenzentów”. Wstydziłbym się pokazać w towarzystwie, gdyby moje nazwisko widniało w Wyspach, w arkuszu rzymskim, pod określeniem „redaktor”, albo „korekta”. Nie chodzi wcale wyłącznie o błędy stylistyczne, czy składniowe. Nie chodzi też o to, że w pierwszej części książki, jeżeli narratorka uprawia seks, to za każdym razem „kocha się do upadłego” (dalibóg, ileż razy można upadać?). Problem w tym, że brak choćby powierzchownej redakcji sprawił, że bohaterka (autorka?) jawi się jako chwiejna, dwulicowa i dość pretensjonalna osoba.

Przykłady? Gdy czytamy dość emocjonalną diatrybę na temat mahometan, w pewnym momencie zapala się światełko ostrzegawcze. Wertujemy książkę, by po chwili znaleźć stosowny fragment. Tak, nasza bohaterka kilkadziesiąt stronic wcześniej opowiada o swojej dość przelotnej miłości do pewnego arabskiego dżentelmena, dla którego… przeszła na islam. Potem wprawdzie się z rzeczonym Arabem rozstała, ale zabrakło jakoś opisu jej powrotu na łono chrześcijańskiego Kościoła. Każdy redaktor, któremu zależałoby na dobrym imieniu autorki, z pewnością zwróciłby na to uwagę. Inna niekonsekwencja? Autorka (bohaterka?) kilkukrotnie przekonuje czytelników, jakoby była tolerancyjna dla innych poglądów. Nie może się nadziwić, że postronne osoby oceniają jej styl życia, czy też konkretne życiowe wybory. A po chwili czytamy jej żale nad jakąś kuzynką, która zamiast wyjechać za granicę, siedzi w tej Polsce i jeszcze ma odwagę wyznawać, że nie mogłaby mieszkać z dala od rodzinnego kraju. Jednostronna tolerancja? Moralność Kalego? Raczej nieudolność redaktora.

Chcę wierzyć, że Beata Katarzyna Tyszkiewicz jest zupełnie inną osobą niż narratorka jej książki. Wydaje mi się, że dostrzegam ją za kratami tych niezredagowanych wersów – to marzycielka, która nie boi się realizować swoich marzeń, poszukiwaczka szczęścia w obcych miejscach (gdy jesteśmy szczęśliwi, to, co cudzoziemskie, staje się czymś bardziej „naszym”). Jej książka jest chaotyczna i pełna niekonsekwencji, ale kto wie, może dobry redaktor umiałby wykrzesać z niej porządną powieść obyczajową? W końcu nie wszyscy pisarze są mistrzami słów, a wiele bestsellerów zawdzięcza swój status maestrii zespołów redakcyjnych. A może Beata Katarzyna Tyszkiewicz nie powinna pisać kolejnych książek, a wiara w nią jest bezpodstawna? Nie umiem tego rozsądzić.

A powyższy wywód jest moją jak najbardziej prywatną opinią. Mam tylko nadzieję, że autorka jest równie tolerancyjna, co jej bohaterka.

4 komentarze

    • Ah! Ominie nas tradycyjna „dyskusja” pod wpisem, bo któż i za co, miałby się urażonym poczuć? Miło w blogosferze spotkać dżentelmena, a i białych rękawiczek nie trzeba prać 😉

    • Mała ale znacząca uwaga. Wydawanie książek za pośrednictwem wydawnictw drukujących nie jest self-publisherem ale self-vanity. To znacząca i wielka różnica, a ja po raz kolejny proszę – Nie mylcie pojęć i nie wsadzajmy wszystkich selfów do jednego worka.
      z poważaniem

    • Władku, masz oczywiście rację, ale… trochę też jej nie masz. Wystarczy bowiem wpisać self-publishing w wyszukiwarce, by wyskoczył bimbalion zyliardów ofert… wydawnictw drukujących. A więc leksykalnie przyznaję Ci słuszność – całkowicie popierając postulat, by nie wrzucać selfów do jednego worka. Z drugiej jednak strony coraz bardziej przyjmuje się wersja, która trochę zamazuje rzeczywistość. No i poza wszystkim – nigdy nie nazwałbym Cię self-publisherem (mimo że nie obrusza Cię to określenie), podobnie jak nie użyłbym tego terminu np. wobec Rafała Kosika.
      Ukłony 🙂

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.