Art of Reading

Klejnoty na widoku

Tylko niech nikt, na litość Boską, nie pomyśli, że postanowiłem zostać szafiarką. Zilustrowany powyższym zdjęciem przypadek ze świata mody pasuje jednak idealnie do tego, o czym chcę napisać. (Uwaga, panowie! Będę zdradzał najnowsze, wiosenne trendy!). Otóż, pewien projektant, niejaki Rick Owens, którego nazwisko ponoć wiele mówi osobom obytym na wybiegach, wpadł na iście przewrotny pomysł, który na nowo obudzi nieco przygasłego, by nie rzec zwiotczałego, chłopięcego ducha. Tyle mówi się o kryzysie męskości, z okładek magazynów straszą nas androginiczni odmieńcy, po ulicach chodzą młodzianie w spodniach-rurkach. Rick Owens uznał, że pora to zmienić – niech mężczyźni wreszcie pokażą to, z czego są dumni. Na niedawnym pokazie publiczność miała okazję na własne oczy obejrzeć manifestację tego pomysłu. Kilku modeli – co prawda, nieco zniewieściałych – przespacerowało się w tę i z powrotem w workowatych tunikach wyposażonych w dziury w najbardziej strategicznych miejscach swoich ciał. Tak, moi mili czytelnicy, właśnie tak będzie trzeba się ubierać w nadchodzącym sezonie! Skoro panie mogą epatować nagością, to czemu niby męska część populacji miałaby być gorsza?

Ale tak naprawdę mówię przecież o przesuwaniu pewnych granic, swoiście pojętej doktrynie szoku, która każe również pisarzom kreślić mapy niezbadanych krain. Czym wstrząsnąć czytelnika, skoro wszystko już było? Może tytułem? Półtora roku temu ukazała się w Polsce powieść szwedzkiej pisarki  Marii Sveland nosząca tytuł Zgorzkniała pizda. Publikacja wywołała oburzenie i ogólnokrajową debatę. Cel wydawcy został osiągnięty. Można się zżymać, że to tani marketing, taki „miś na miarę naszych możliwości”. Ale przecież skandalizowanie i budzenie oburzenia są motorami sztuki od wieków. To taka natura ludzka, można by rzec. Tyle że granice się przesuwają, prawda?

Czuję pewien dyskomfort – i wcale nie tylko dlatego, że „chyba jestem już na to za stary i pora umierać”. Jako pisarz grozy mam w genach zapisany przymus wstrząsania czytelnikami i pewnego obrazoburstwa. Co więcej, na sztandarach podgatunku, w jakim często tworzę (bizarro fiction) wręcz wypisano epatowanie dziwacznością i nieprzyzwoitością. Chciałbym jednak przy tym zachować pewien dystans, umknąć wszelkiej maści zagraniom pod publiczkę. Jak to robić? Jak odróżnić wstrząsy pozytywne od populistycznych? Trzęsienia ziemi konstruktywne od destruktywnych? Może Wy mi pomożecie odpowiedzieć na to pytanie?

2 komentarze

    • Aż chciałoby się rzec „Matko Bosko!” 🙂 A’propos szokowania… niedawno powrócił do życia zapomniany już polski „projektant” Arkadiusz „Arkadius” Weremczuk. Pan ten postanowił przebić swoje wcześniejsze pomysły (śmieszne ubranka z sakralnymi nadruczkami) i stworzył kolekcję z nadrukami nekrologów, które mają mu rzekomo pomóc powrócić do świata mody. Facet chciał być drugim Galliano, a skończył jako dodatek do kolorowych babskich pisemek. Podobno nie chciał się dalej kształcić, spoczął na laurach i uderzyła mu sodówka. I tak sobie myślę, że problem faktycznie może leżeć w chęci „pójścia na skróty”. Szokowanie dla samego szokowania jest denne i płytkie. Za każdą wielką kontrowersją powinno stać coś jeszcze, a sam „szok” powinien być jedynie jakąś tam wisienką na torcie lub tym, co pomaga przedrzeć się „głębszej wartości” na powierzchnię. Nie pisze się gore tylko po to, by czytelnik przy lekturze posmarkał się i obrzydził sobie dotychczas uwielbiany bigos, ale po to, by po skończonym opowiadaniu chciał wrócić do autora i był ciekaw reszty jego prac. Promowanie zrozumienia dla ludzi o innych orientacjach jest jak najbardziej ok. Ale wychudzona chłopaczynka, celowo wypinająca swą niemęską pierś na okładkach magazynów, już nie, ponieważ nie stoi za tym absolutnie żaden pozytywny cel, jak tylko zgorszenie i podsycanie homofobii. Odróżnienie „wstrząsów” pozytywnych od negatywnych to taka sama sztuka jak czytanie między wierszami. Stąd potyczki słowne pod każdym artykułem, który promuje nowe dziwactwa. Smutne jest to, że szokowanie staje się znakiem naszych czasów. Powoli przestaję nadążać. Hipsterzy, metro, lumber, klejnoty… Co będzie następne? Skrzyżowanie pracownika kopalni ze Skrillexem i Lady Gagą? Jak to mówią „Nothing to do here”…

    • Dzięki za komentarz, CAT 🙂 Ja też przestaję nadążać chwilami – na dodatek boję się, że społeczeństwo psuje się coraz bardziej przez tego typu akcje. Jest jakaś teoria psychologiczna, która głosi, że osobnik poddawany wyłącznie silnym bodźcom przestaje odczuwać te bardziej subtelne – jak bity pies, który nie poczuje nawet głaskania, bo jest ono dla jego dotyku czymś podprogowym.
      Masz rację z tym gore – chodzi nie o sam szok, ale też, czy kryje się coś pod powierzchnią. Jak w „Dziewczynie z sąsiedztwa” Ketchuma.

Dodaj komentarz