Art of Reading

Gambit niemocy

gambit-mocy

stars6

Tytuł: Gambit mocy
Wydawnictwo: Oficynka
Data wydania: 19 lipca 2013
Liczba stron: 704


 

„To książka zdecydowanie nie dla mnie!” – stwierdziłem w pewnym momencie lektury. Była to dość zaskakująca konstatacja, zważywszy na liczbę pochlebnych recenzji, które obsypały debiutanckie dzieło Piotra Muszyńskiego. Cóż, pozostaje mi przytoczyć po raz kolejny w swoim życiu błyskotliwe zdanie Jeana Cocteau: „Nie należy mylić prawdy z opinią większości” i przejść nad tym do porządku dziennego. Dlaczego jednak uznałem, że Gambit mocy nie spełnia moich oczekiwań?

Fabuła powieści obraca się wokół księżniczki Samii. Wygnana z ojczyzny z powodu złowróżbnej przepowiedni, wraz z grupą wiernych sług znajduje schronienie w zaprzyjaźnionym królestwie Dorianu. Towarzyszą jej wybitna fechtmistrzyni Serina, najprawdopodobniej najlepsza wojowniczka w królestwie, oraz mała dziewczynka Monika, która jest kimś zupełnie innym, niż się wydaje. W tle są zaś dworskie intrygi, czarna magia, artefakty, stare księgi zaklęć. Mamy zatem do czynienia z dość typowym rekwizytorium. Trzeba przyznać, że autor doskonale umie wykorzystać ograne w literaturze fantasy schematy i udało mu się stworzyć coś własnego. Co jednak właściwie stworzył?

Piotr Muszyński wyznał, że w założeniach jego powieść miała stanowić coś pośredniego pomiędzy Grą o tron George’a R.R. Martina a cyklem Świat Dysku Terry’ego Pratchetta. „Pisząc ją, starałem się połączyć najlepsze cechy gatunku, uosabiane dla mnie przez tych dwóch pisarzy” – czytamy na stronie internetowej. Problem w tym, że obaj przytoczeni przez Muszyńskiego autorzy stanowią dwa odległe bieguny fantasy. A jeszcze większy problem jest taki, że polskiemu pisarzowi nie udało się do żadnego z nich nawet zbliżyć. Autor Gambitu mocy (a wraz z nim czytelnik) gubi się w wątkach i słabo różnicuje poszczególnych bohaterów – w wielotomowej, daleko bardziej skomplikowanej, serii Martina jakoś łatwiej się połapać. Humor rodzimego naśladowcy Pratchetta jest z kolei bardzo wymuszony, a chwilami wręcz prostacki. Chwilami udawało mu się mnie rozbawić, chociaż podejrzewam, że w niektórych momentach w sposób niezamierzony.

A główne bohaterki? Każda z nich jest irytująca na swój własny sposób. Tak, biorę poprawkę na to, że mamy do czynienia z nastolatkami w apogeum swej niedojrzałości, ale są jednak pewne granice czytelniczej odporności. Przynajmniej w przypadku dorosłego czytelnika, bo być może książka jest przeznaczona wyłącznie dla ludzi przed ukończeniem 18. roku życia – w takim przypadku na jej korzyść zadziała zapewne mechanizm utożsamiania się.

Czy mogę na koniec powiedzieć coś pochlebnego? Na pewno autor dowiódł, że jest w stanie napisać długą (700 stron) książkę. Ma więc potencjał, by stworzyć w przyszłości utwory o co najmniej podobnej objętości. Nie, wcale nie żartuję, bo doskonale wiem, że napisanie kilkuset tysięcy znaków nie jest rzeczą błahą. Językowo i stylistycznie nie jest źle, a to pozwala mieć nadzieję, że wraz z liczbą napisanych stron przyjdzie też jakość.

2 komentarze

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.