Art of Reading

Do trumny czy programu?

Niczym Canis familiaris do Erinaceusa, czyli pies do jeża, zabieram się do tego wpisu. Wypada się odnieść, bo temat ważny, ale jak to zrobić? Jak właściwie przedstawić wszystkie racje? Już na pierwszy rzut oka widać, że zachodzi tu groźny konflikt interesów – pisarzy i czytelników. Czy one nie powinny być tożsame? Gdzie leży błąd w rozumowaniu?

Ustawa o jednolitej cenie książki budzi prawie jednolity entuzjazm na rynku księgarskim. Cieszą się z niej pisarze (Stefan Darda kazał mi zaznaczyć, że nie wszyscy), cieszą podobno drobni bukiniści w malutkich antykwariatach, cieszą się też chyba wielkie sieci handlowe, takie jak Empik. Swoją radość wyrażają także euroentuzjaści, bo to przecież europejskie standardy z taką aprobatą są wprowadzane. No i nie zapominajmy o pisarzach, którzy wreszcie nie będą zmuszani do obniżania swoich zysków – a promocje już kilka dni po premierze książki takim obniżeniem faktycznie grożą. I byłoby tak pięknie, ogólna radość i szczęśliwość wielka, tylko że… ta ustawa jest przerażającym gniotem prawnym, który przydusi jeszcze bardziej upadające czytelnictwo. Dlaczego tak sądzę?

Wydawałoby się bowiem, że nie można BARDZIEJ jeszcze pogorszyć sytuacji na rynku książki. A jednak nasi wspaniali posłowie i senatorowie potrafią dokonywać rzeczy niemożliwych. Jak zmniejszyć jeszcze bardziej czytelnictwo? Wprowadzając ustawę, która sprawi, że nowe książki staną się dobrem luksusowym. Bo jaką naiwnością jest głoszenie tezy, jakoby obecny wysoki poziom cen był efektem uwzględniania przez wydawców efektu promocji. Że niby „dajmy od razu wysoką cenę, by było z czego obniżać”… Mówił o tym Zygmunt Miłoszewski, kiedy tłumaczył, dlaczego jego najnowsza książka, czyli Gniew, miała tak horrendalnie zawyżoną cenę. Proszę mi jednak pokazać mechanizm – nieważne, czy ustawodawczy, czy ekonomiczny, jakikolwiek… – który sprawi, że wydawnictwa obniżą ceny książek po wejściu w życie ustawy. Piszę poważnie, bo może czegoś nie dostrzegam i ktoś bardziej lotny potrafi mnie w tej materii oświecić.

Mamy więc taką sytuację i taki klimat – nowe książki będą musiały być przez 12 miesięcy sprzedawane po cenie okładkowej. Ta nie będzie niższa od średniej ceny obecnie, a mam podejrzenia graniczące z pewnością, że będzie wręcz wyższa. Księgarnie internetowe nie będą w stanie konkurować już ceną z tymi realnymi (bo przecież będą musiały doliczyć do wszystkiego jeszcze koszt wysyłki). W małych księgarniach usłyszymy, że Rabat to jest stolica Maroka. Zresztą czemu ktoś miałby iść do małej księgarni, jeżeli ceny wszędzie będą takie same? Tak naprawdę, ten nowy akt prawny wspiera raczej duże sieci handlowe, które i tak znajdą sposób na obejście niewygodnych przepisów.

Oj, burzy się we mnie krew. Wprowadźmy może jeszcze akcyzę na książki, jeszcze bardziej podnieśmy VAT, zakażmy sprzedaży e-booków (bo to lewicowy wynalazek, który dodatkowo zasila szarą strefę spod znaku chomika). Jeszcze jakieś inne wspaniałe pomysły?

Dodaj komentarz