Art of Reading

Daniel Koziarski: „Wierzę w inteligencję czytelników”.

Danielu, czy nie niepokoiłeś się, że zostaniesz zaszufladkowany jako pisarz literatury obyczajowej, lub wręcz „kobiecej”?

Co do literatury obyczajowej – nie da się ukryć, że właśnie to jest moja domena i nie mam nic przeciwko temu, żeby tak mnie kojarzono. Mam przy tym nieskromną nadzieję, że moje powieści z uwagi na licznie występujące w nich wątki kryminalne czy specyficzne kreacje bohaterów stanowią urozmaicenie na rynku polskiej powieści obyczajowej. Zauważ, o tym się nie mówi, ale w Polsce trudniej jest zaistnieć w tym segmencie literackim facetowi niż kobiecie. Co do tzw. literatury kobiecej – musielibyśmy sobie zdefiniować najpierw, czym ona jest i jakie kryteria decydują o przynależności książki do niej. Dotykamy tu w tym momencie spraw drażliwych, bo to łatka, której przyklejenie może zdezawuować ciekawe literackie wysiłki czy ambitne książki. „Kobieta, która wiedziała za mało” to dopiero pierwsza moja książka, której główną bohaterką od początku do końca jest kobieta. Jeśli dla kogoś jest to wystarczający powód, żeby uznać tę książkę za literaturę kobiecą – jego prawo, nie będę przesadnie oponował.

 

W trakcie lektury nagle okazuje się, że Twoja powieść jest satyrą na świat pisarek tego nurtu. Bardzo mnie ciekawi, jak wyglądał Twój research?

Wiesz, nie żyjemy w próżni. Czyta się różne rzeczy, słucha się różnych osób, obserwuje się środowisko, wyciąga się wnioski i ma się swoje przemyślenia, a kiedy jeszcze dojdzie do tego wyobraźnia, nie można narzekać na brak materiału. Zawsze miałem zacięcie satyryczne czy mocno ironiczne podejście do rzeczywistości. Gdyby jednak powieść nie miała dramatycznego kośćca, nie obroniłaby się, dlatego stawiam czytelnika przed wyzwaniem, żeby był w stanie dostrzec obie te warstwy – tę poważną oraz tę żartobliwą, i potrafił je od siebie oddzielić. Wierzę w inteligencję osób sięgających po moje książki.

 

A jak oceniasz szerzej widziany pisarski światek?

Nie wiem, czy moja ocena ma znaczenie, ale jeśli chcesz, pokuszę się o dwa zdania komentarza. Ostatecznie jestem siłą rzeczy częścią tego światka, który jest, ogólnie rzecz biorąc, niejednorodny i pełen paradoksów i sprzeczności – zjednoczony i podzielony zarazem, wielobarwny, ale w pewnym sensie przewidywalny, czasem wewnętrznie życzliwy, bo jego przedstawiciele borykają się z podobnymi trudnościami, czasem bez sensu skonfliktowany. Często niestety ramy dyskusji o literaturze zawęża środowiskowy interes czy koleżeńskie konotacje. Są więc „nasi” i „wasi” – wyznaczani według poglądów, rodzaju uprawianej literatury czy towarzyskiego klucza. Jednych trzeba promować, drugich zwalczać. Niezależnych – najlepiej przemilczać lub ignorować, bo przecież na rynku jest ciasno, a w Polsce gra się drużynowo. Tak to niestety czasami wygląda.

 

Czy Marzena Wierzba ma swój pierwowzór w rzeczywistości?

W aspekcie satyrycznym, czyli biorąc pod uwagę wątki literackie, postać Marzeny czerpie z różnych obserwacji i inspiracji – tak ogólnie środowiskowych, jak i indywidualnych. Jest to zatem kreacja pozbawiona pierwowzoru w sensie jednostkowym, więc mam nadzieję, że nie znajdzie się ktoś szczególnie tą książką dotknięty. Aspekt obyczajowy książki – czyli na przykład wątki rodzinne – tutaj wszystko jest fikcją wynikającą z wyobraźni (lub jej braku) autora.

 

Skąd więc pomysł, by główną bohaterkę uczynić tak antypatyczną i irytującą?

Zawsze miałem ambicję, żeby moi bohaterowie byli trudni do zaszufladkowania, niejednoznaczni w odbiorze. Żeby czytelnik dostawał postać złożoną, którą raz się lubi, a która innym razem doprowadza do szewskiej pasji. Lubię sprzeczności, które powodują u czytelnika skrajne emocje czy nawet pewien dyskomfort czytania, który nie odbiera jednak przyjemności z obcowania z literaturą jako taką.

 

Nie obawiałeś się reakcji na bardzo mocne sceny erotyczne w powieści?

Tak, to była moja największa obawa związana z tą książką. Tym bardziej, że są tam przede wszystkim parodie scen erotycznych i bałem się, że ktoś tego nie pojmie. I oczywiście, znalazły się takie osoby. Możesz sobie zatem wyobrazić, co czuję, kiedy pomyślę, że ktoś tam jest zażenowany, zakładając, że to wszystko na serio i że ten drewniany, pełen nietrafionych metafor, pseudoerotyczny i momentami krzykliwie wulgarny język to język Koziarskiego, a nie ironiczna stylizacja.

 

Zakończenie książki…. Spróbuję zadać pytanie, które go nie zdradzi, ale jednocześnie mnie bardzo jedna rzecz nurtuje. Bo właściwie można powiedzieć, że Marzena Wierzba odniosła sukces, który nie jest do końca sukcesem… Co właściwie chciałeś w ten sposób przekazać (prośba o odpowiedź bez spoilerów ;-))?

 Zakończenie jest w pewnym sensie otwarte. Nawet nie chodzi o to, żebym zostawiał sobie furtkę do ciągu dalszego (choć wiem już, jak taka kontynuacja mogłaby wyglądać), ale o to, żeby czytelnik wyobraził sobie, jak daleko jest w stanie posunąć się jeszcze bohaterka. Bardzo się cieszę, że doszedłeś do takiej a nie innej konkluzji – tak właśnie miało być, żeby czytelnik miał takie przeświadczenie, że to, co może być odbierane jako sukces, nie zawsze nim jest. Szczególnie, jeśli okupione jest jakościową zmianą charakteru czy nastawienia w wątpliwym kierunku.

 

Ta książka kilkukrotnie mnie zaskakiwała w trakcie lektury, wieloma rzeczami… Czy Ciebie również? Czy też wszystko było zaplanowane od A do Z?

Ta książka ma zaskakiwać pod wieloma względami, a jednocześnie zachować pewną spójność i integralność. Staram się być zwolennikiem złotego środka w pisaniu – nie iść zupełnie na żywioł i mieć pewne rzeczy przemyślane i zaplanowane, z drugiej zaś strony dać sobie odpowiednio duże pole manewru, żeby w trakcie prac nad książką móc zmienić zdanie, rozbudować pewne wątki czy postacie, pogmatwać, wstrząsnąć fabułą czy konwencją. W pisaniu najbardziej lubię ten moment, kiedy z pozoru nieprzystające do siebie elementy zaczynają układać się w zgrabną, niewymuszoną całość.

 

No i nieśmiertelne pytanie o najbliższe plany pisarskie…

Jeśli wszystko dobrze pójdzie, w ostatnim kwartale bieżącego roku wyjdzie kolejna moja powieść obyczajowa (częściowo w klimatach thrillera), która dotyka – w atrakcyjny mam nadzieję sposób – bardzo poważnego tematu, a mianowicie tego, jak nasze jednostkowe decyzje wpływają na życie nasze i innych ludzi. Mam też nadzieję, że niebawem wyjdzie pewna antologia różnych autorów, w której w moim opowiadaniu powróci postać Socjopaty, za którą, jak słyszę, czytelnicy trochę się już stęsknili. Z Agnieszką Lingas-Łoniewską piszemy drugą wspólną książkę, ale z przerwami wynikającymi z napięcia w naszych indywidualnych grafikach. Zacząłem też pisać kolejną powieść. W założeniu miała być lekka, zabawna, taki chick lit niemal, a jak na razie wychodzi mi rzecz pełna rozrachunków, w jakimś sensie pokoleniowa. Ale proszę nie uciekać na dźwięk słowa „pokoleniowa”.

Dziękuję za rozmowę.

 

 

Daniel Koziarski, urodzony w 1979 w Gdyni, prawnik i pisarz. Zadebiutował w 2007 roku książką „Kłopoty to moja specjalność, czyli kroniki socjopaty” (Prószyński i S-ka), potem kontynuowaną w ramach trylogii o Socjopacie. Wydał łącznie siedem powieści (w tym „Zbrodnie pozamałżeńskie” z Agnieszką Lingas – Łoniewską) a jego opowiadania ukazały się w różnych antologiach. W 2017 roku nakładem Novae Res ukazała się jego najnowsza książka pt. „Kobieta, która wiedziała za mało”.

Dodaj komentarz