Art of Reading

Czytając „Idę”…

Wszyscy ostatnio piszą o filmie Ida, rozgorzała przy okazji niemalże ogólnonarodowa dyskusja podlewana sosem z naszych ogólnonarodowych kompleksów. Nie będę pisał o tym, na ile jest to film antypolski, a na ile antyżydowski, jak wiele jest w nim polityki i religii oraz czy te proporcje są właściwe. Tym bardziej nie będę się odnosił do tego, czy w filmie powinny pojawić się dydaktyczne smrodki pod postacią nieodzownych, zdaniem niektórych” wyjaśnień, że Polacy nie są antysemitami, bo stanowią największą grupę narodowościową w gronie Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

IDA

Dlaczego w ogóle mam pisać o filmie na portalu książkowym? Jest pewien pretekst, który dostarczyła mi pewna Rosjanka, znajoma znajomej. Otóż historia zawarta w Idzie jako żywo przypomina opowieść z innego filmu, a poniekąd i książki. Chodzi o Wszystko jest iluminacją, ekranizację autobiograficznej powieści Jonathana Safrana Foera. Film nieco zubożył fabułę książki (czyż nie dzieje się tak prawie zawsze?) i opowiada o Żydzie, który przybywa na Ukrainę, by odnaleźć kobietę ukrywającą podczas II Wojny Światowej jego dziadka. Nie sposób streścić tej historii, w której unoszą się spalone sztetle, a cudem ocalona dziewczynka tworzy „spis sześciuset trzynastu smutków”. Podobieństwo zarysu fabularnego jest bardzo duże – żeby tego dowieść, musiałbym zdradzić zakończenia obu utworów.

EII

Ekranizacji powieści Foera jeszcze nie widziałem, mimo że od dawna mam to w planach. Nie umiem więc stwierdzić, czy film ten jest lepszy od Oscarowej Idy. Wiem, że książka jest lepsza na pewno. Ale wciąż się zastanawiam nad odpowiedzią na pewne pytanie. Czy zauważalna wtórność, brak oryginalności są rzeczywiście dyskwalifikujące? Bodajże Borges stwierdził, że cała literatura to tylko wariacje wokół kilku podstawowych tematów. Czegoś mi jednak w scenariuszu polskiego filmu zabrakło…

Dodaj komentarz