Art of Reading
  • Search results for RECENZJE
  • Mieszko I w XXI wieku, czyli Kwiat paproci

    Tytuły: Szeptucha, Noc Kupały, Żerca, Przesilenie

    Autor: Katarzyna Berenika Miszczuk

    Gatunek: fantasy

    Wydawnictwo: WAB

    Data wydania: 2016-2018

    Liczba stron: 1792 (416+416+496+464)


    Istnieje teoria, w myśl której serie powinno omawiać się w całości, bo oddzielne recenzje kolejnych tomów nie mają większego sensu, a w zasadzie powielają się w bardzo nieprzyjemny sposób. Bo ileż można pisać o niezamkniętych wątkach? Albo o tym, czy tom drugi był lepszy od pierwszego (Dwie wieże J.R.R. Tolkiena były zapewne lepsze niż Drużyna Pierścienia, ale co z tego wynika?). Tym razem idę więc na całość – oto recenzja czterech tomów cyklu Katarzyny Bereniki Miszczuk znanego pod nazwą Kwiat paproci. Nie uwzględnię tu piątej książki stanowiącej prawdopodobnie zbiór przepisów…

    Mamy do czynienia z fantasy z bardzo silnym wątkiem romansowym, lub (jak kto woli) romans z elementami słowiańskiej fantastyki. To właśnie sięgnięcie po nasze rodzime mity i panteon pogańskich bogów stanowi największy atut tej serii. Z technicznego punktu widzenia jest to historia alternatywna – co by się stało, gdyby Mieszko I nie przyjął chrztu? Autorka stwierdza, że wiara w Światowida, Mokosz, Swarożyca i spółkę przetrwałaby do czasów współczesnych. Po wioskach mieszkałyby szeptuchy, czyli „mądre baby”, a w świątyniach urzędowaliby nie księża, ale żercy. Rzecz jasna, wierzenia najsilniej kultywowane byłyby na wsiach, a „miastowi” zapewne traktowaliby je jako element folkloru. To w zasadzie jedyne różnice – według Katarzyny Bereniki Miszczuk pogaństwo nie wpływa na styl życia, poziom cywilizacyjny, rozwój sztuki etc. A w każdym razie niewiele na ten temat się dowiadujemy. Bo to nie jest zbyt głęboka literatura.

    Główna bohaterka, Gosława (czyli Gosia) chce zostać lekarką, a to oznacza, że musi odbyć roczny staż u szeptuchy. Trafia w Góry Świętokrzyskie do rodzinnej wsi jej matki. Szybko okazuje się, że nie jest wcale taką zwykłą Gosią, bo potrafi ujrzeć bogów i wszelkie inne możliwe stworzenia ze słowiańskich mitów. Ba! Jej ukochany okazuje się być nieśmiertelnym twórcą państwa polskiego, czyli Mieszkiem I. Władca zawdzięcza swój długi żywot kwiatu paproci, który odegra bardzo istotną rolę w pierwszej i kolejnych częściach. Oprócz tego będą też walki ze strzygą, tajemnice pochodzenia, pakty z bogami, no i oczywiście wielka miłość…

    Cykl zawiera stosunkowo (nomen omen!) duże stężenie bezpruderyjnie opisanych wątków obyczajowych. Dla ciekawych znajdą się nawet rozważania dotyczące wielkości tudzież sprawności przyrodzenia piastowskiego księcia. Sporo jest też adekwatnych opisów umięśnionych męskich torsów (liczba mnoga uprawniona). Czytelnikom i czytelniczkom niezbyt gustującym w podobnym klimacie pozostaje omijać wzrokiem niektóre fragmenty i skupić się na fabule. Ta na szczęście szybko posuwa się naprzód. Wszystko to okraszone jest potężną dawką humoru, przy czym niemało zabawy (oraz irytacji) dostarcza nieporadność głównej bohaterki.

    Skąd zatem dziesięć gwiazdek? Czy recenzentowi zaszkodziły panujące od kilkunastu dni upały? Otóż nie. Kwiat paproci po prostu doskonale się czyta, a na dodatek jest kopalnią wiedzy na temat słowiańskich zwyczajów. Widać, że autorka odrobiła lekcje jeśli idzie zarówno o bogów, jak i płanetników, południce czy nimfy. Tej wiedzy nigdy dość – powinniśmy bowiem wiedzieć, skąd pochodzimy i co nas dawno temu kształtowało. A informacje podane w bardzo przystępnej formie czytadeł chyba łatwiej trafią pod strzechy…

  • Naga prawda o Amy Schumer

    Autor: Amy Schumer

    Gatunek: biografia

    Wydawca: Wydawnictwo Kobiece

    Data wydania: 2018

    Liczba stron: 368


    Stand-up z pewnością nie jest zajęciem dla grzecznych dziewczynek. Ta forma nie stroni od wulgaryzmów i w zasadzie nie dotyczą jej żadne tematy tabu. Może dlatego właśnie wśród standaperów dominują mężczyźni? Jeżeli w tej grupie komików doskonale odnajduje się kobieta, to musi być ona talentem naprawdę wyjątkowym. W Polsce mamy Katarzynę Piasecką Wiolettę Walaszczyk, a za oceanem triumfy święci Amy Schumer. Właśnie ukazała się jej autobiograficzna pozycja Dziewczyna z tatuażem na lędźwiach.

    Zanim zasiądziecie jednak do lektury, proponuję zapoznać się z komediowymi dokonaniami wytatuowanej blondynki. To będzie bardzo dobry test na to, czy książka przypadnie wam do gustu. Jeżeli bowiem można powiedzieć coś o stand-upie, to z pewnością jest to bardzo szczery gatunek komiczny (tak, nie można mówić o gatunku kabaretowym, bo zachodzi między nimi pewna istotna różnica). Amy nie przebiera w słowach ani na scenie, ani w tej książce. Jeżeli czujecie ten typ humoru, to wspomnienia standaperki rozbawią was do łez. Jeżeli jednak należycie do osób, które uważają, że przekleństwa nie powinny wypływać z ust kobiety, to proponuję jednak jakiś inny kierunek poszukiwań. Słyszałem o pewnym bardzo zdolnym standaperze z Torunia, który poza działalnością sceniczną prowadzi też własne radio, uczelnię wyższą a nawet prowadzi prace geologiczne…

    W kolejnych rozdziałach poznajemy różne wydarzenia z życia komiczki, przy czym nie ma zachowanej chronologii, a pewne niekonsekwencje sugerują niezbyt dużą wiarygodność niektórych przytoczonych faktów. No, ale nie czepiajmy się szczegółów. Z całej autobiografii wyziera obraz pewnej siebie kobiety, która jednak tą pewność musiała zdobyć po drodze na szczyt. W młodości targały nią spore huragany emocji, a młodziutka Amy chciała się przede wszystkim podobać ludziom. Dopiero z czasem ustawiła samą siebie w świetle reflektorów. Poznajemy też, nolens volens, wiele szczegółów z intymnego życia artystki, która zresztą z owej bezpruderyjności uczyniła swój znak rozpoznawczy. Ciekawe są też urywki pamiętników opatrzone gęstymi komentarzami dopisanymi kilkanaście lat później. Są tu również zdjęcia – zobaczymy na nich m.in. tytułowy tatuaż w całej okazałości…

    Książka jest prawie tak zabawna, jak występy sceniczne satyryczki – a to oznacza, że jest bardzo zabawna. Moim zdaniem, warto przekonać się o tym samemu.

     

     

     

  • O kwantowym płaszczu zdarzeń

    Autor: Miłosława (Miłka) Malzahn

    Gatunek: beletrystyka oniryczna, SF

    Wydawca: Książnica Podlaska

    Data wydania: 2018

    Liczba stron: 46


    Chociaż fizyka nie zajmuje się raczej interpretacją snów, to jednak można z pewnością stwierdzić, że jako nauka staje się coraz bardziej oniryczna. Może racją mają poeci, a nie naukowcy i teorie naukowe powinny tworzyć metafory, a nie zbiory liczbowe? Weźmy taką rzeczywistość, którą postrzegamy w powiązaniu z czasem – oto coś było wpływając na to, co jest obecnie, a teraźniejsze stadium jest czymś przejściowym w stosunku do przyszłości, która jeszcze się nie wydarzyła. Czy aby na pewno? Dlaczego ograniczać się do liniowego pojęcia czasu, skoro być może przeszłość, przyszłość i teraźniejszość dzieją się jednocześnie? A jeśli nie tu, na tym padole łez, to może w jakimś innym, bliźniaczym wszechświecie wektory od przyczyn do skutków przebiegają odwrotnie? Czas jest największym urojeniem ludzkości, powiedział ktoś dawno temu, zanim jeszcze fizyka kwantowa zagościła w umysłach naukowców. Może ten cały akapit jest stekiem bzdur dowodzącym, że jego autor nie ma pojęcia, o czym pisze. Na swoje usprawiedliwienie przypomnę wypowiedź Richarda Feynmana, który powiedział kiedyś: „Mogę bezpiecznie stwierdzić, że nikt nie rozumie teorii kwantowej”.

    Krótka powieść Miłki Malzahn jest taką kwantową baśnią, odkrywaniem tego, co kryje się pod podszewką rzeczywistości. Autorka jest z wykształcenia filozofką, a nie fizyczką, lecz obie te, zdawałoby się różne dziedziny wiedzy, zbliżyły się do siebie. Weźmy odwieczne filozoficzne pytanie o postrzeganie bytów – po wielu stuleciach sporów okazało się (a odkryli to fizycy), że obserwator zawsze zmienia otaczającą go rzeczywistość samym faktem obserwacji. A wibracje kwantowe, albo kwantowe zupy? Chcesz pokochać samego siebie, albo odnaleźć partnera? Ponoć tajemnica kryje się wyłącznie w energetycznej częstotliwości.

    W powieści zatytułowanej W płaszczu świata autorka podaje w wątpliwość nasze przekonanie o tym, co bierzemy za rzeczywistość, a potem poddaje pod rozwagę własną filozofię istnienia. Jej zdaniem, świat trzeba wywracać na drugą stronę – idealnym do tego narzędziem są słowa, bo w nich ukrywa się magia. A z drugiej strony, każdy nosi własne miasto pod powiekami, a wywracając je otrzymujemy kolejny, zupełnie odmienny krajobraz. Każdy z nas jest wszechświatem na uginających się nogach.

    W pewien szczególny sposób książka mówi o Białymstoku – wielokulturowym tyglu, z którego jednak wykarczowano jedną z kultur. Żydowskie korzenie miasta kryją się gdzieś po drugiej stronie płaszcza, wpływają na fałdy i strukturę jego tkaniny, nie pozwalają na proste (najczęściej zbyt proste)  interpretacje. Być może moja interpretacja tej niesamowitej książki także do nich należy, ale mimo to zachęcam do lektury, choćby po to, by podnieść poziom własnych kwantowych wibracji.