Art of Reading

Biblioteka Babel?

wieza-babel

stars6

Tytuł: Skandynawska wieża Babel
Autor:Jerzy Stypułkowski

Gatunek: beletrystyka
Wydawca: Novae Res
Data wydania: 2013
Strony: 532


Niegdyś zastanawiałem się nad pewną kwestią – czy autor może zaprosić nas do zbyt prawdziwych światów przedstawionych, czy istnieje nadmiarowy realizm? Zapewne zależy to od gatunku – w końcu w reportażach powinniśmy być najbliżej prawdy, jak tylko się da. Doszedłem wówczas do wniosku, że w tej materii nie istnieją żadne ograniczenia. Teraz, po lekturze książki Skandynawska wieża Babel Jerzego Stypułkowskiego zaczynam mieć jednak wątpliwości. Dlaczego? Za chwilę wyjaśnię.

Autor zamierzył rzecz bardzo ambitną – oto postanowił bowiem przedstawić rozbuchaną biurokrację w pewnym szwedzkim urzędzie, który nieprzypadkowo jest Biblioteką Narodową. Owa nieprzypadkowość wynika z biografii pisarza, który właśnie w tym miejscu spędził wiele lat. Co być może niektórych zdziwi, na 530 stronach powieści nie ma właściwie ani słowa o książkach, czy też literaturze. Okazuje się bowiem, że pracownicy muszą zajmować się czymś zgoła innym. Co gorsza, specyfika sztokholmskiej biblioteki sprawia, że jej pracownicy poddani są specyficznemu praniu mózgów, a jednostka traci to, co w niej istotne i niepowtarzalne – pozostawiając duszy spustoszały i jałowy krajobraz pod znakiem biurowej ceremonialności, lizusostwa i kultu szefa. Atmosfera urzędu jest przesycona strachem, podejrzliwością i nieufnością, zaś codzienna praca i kreatywność została wyparta przez biurokratyczną liturgię, sprawowaną przez kapłanów urzędu w osobach szefów działów i sekcji. Pracownicy, zniewalani obowiązującą liturgią i bezduszną rutyną , są niczym ciasto w rękach najwyższego mistrza ceremonii – generalnego dyrektora. W powieści znajdziemy zresztą sporo (niektórzy powiedzą nawet, że nazbyt sporo) odwołań do Franza Kafki.

Jednym z pracowników urzędu jest Polak – określany przez narratora inicjałem K. Wyemigrował dawno temu z kraju, a teraz z przerażeniem obserwuje swoją własną udrękę, gdy powoli staje się trybikiem w wielkiej machinie, gdy zatraca poczucie człowieczeństwa zupełnie tak samo, jak jego koledzy. Wypracował sobie pewne rytuały, których przestrzega – i mimo że wyszydza podejście innych urzędników, to sam nie umie się przeciwstawić ogarniającemu go marazmowi. Ciekawe są jego obserwacje przyrównujące szwedzki urząd do znanych mu dobrze miejsc w komunistycznej Polsce. Okazuje się bowiem, że socjalizm spod znaku trzech koron również wykształca podobny typ człowieka, określonego niegdyś przez Aleksandra Zinowiewa mianem homo sovieticus. Gwoli sprawiedliwości dodajmy, że bliźniacze zachowania pojawiają się również w zaszczepionych w ostatnich latach praktykach korporacyjnych.

A teraz przejdźmy do mojego głównego zarzutu – ta książka jest zbyt dosłowna. Ponad pół tysiąca stron traktuje wszak o udręce urzędnika. Czytając czułem się właśnie jak tenże urzędnik – doświadczałem dyskomfortu, nudziłem się, odczuwałem zniechęcenie. Jeśli taki był właśnie zamysł autora – chapeau bas! Ale nawet język tej powieści przesiąknięty jest dusznym powiewem urzędowych korytarzy… Autor próbuje nieco urozmaicić fabułę czysto groteskowymi wtrętami. Nasz bohater obawiając się podsłuchu i ukrytych kamer, korzysta z łazienki tylko w okolicznych barach. Z kolei generalny dyrektor wymyśla coraz to bardziej absurdalne projekty, jak na przykład stworzenie na terenie urzędu pomieszczeń mieszkalnych (projekt „Miejsca noclegowe”), czy też obowiązkowa nauka poruszania się (projekt „Catwalk”). Ale to śmiech w rodzaju „i śmieszno, i straszno”.

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz