Art of Reading

Absurd w cieniu bomb

Ludzie wolą tonąć w morzu Leore Dayan

stars9

Autor: Leore Dayan
Tytuł: Ludzie wolą tonąć w morzu
Wydawnictwo: FILO
Data wydania: 15 lutego 2014
Liczba stron: 240

Istnieje specyficzna perspektywa narodu i geografii – nawet translacja nie jest w stanie jej zatrzeć. Ona sprawia, że książki pisane w jednym języku łączy coś więcej, niż tylko wspólnota fleksji i ortografii. Jakieś tajemne pobrzmiewanie tonów, podświadome, a może i nadświadome nagromadzenie podobieństw, silna spójnia i jedność. Można to nazwać na różne sposoby – literacką tożsamością, idiomatyką wyobraźni, katalogizacją odbywającą się na poziomie elementarnych cząstek języka. To tłumaczy, czemu opowiadania zawarte w tomie Ludzie wolą tonąć w morzu młodego izraelskiego prozaika Leore Dayana przywołują na myśl znacznie starszego Amosa Oza i reprezentującego tę samą generację Etgara Kereta. Jakby każdy z nich niósł w swoim genotypie dzieje narodu wybranego, holocaust, wojnę w strefie Gazy, obowiązkową służbę wojskową i pęd ku nowoczesności.

Te opowiadania są w swojej formie dwoiste – z jednej strony w dość oczywisty sposób transparentne, z drugiej zaś ukazują nam świat przefiltrowany przez specyficzne widzenie autora. Izraelską rzeczywistość przedstawia w sposób surrealistyczny – być może to jedyna możliwa postawa – nie tylko polityczna, ale i artystyczna. Wypada w tym miejscu przypomnieć refleksję Eugene’a Ionesco, który pisał: „Absurd to coś, co jest pozbawione celu. Kiedy człowiek współczesny traci przekonanie pierwotnego jeszcze prereligijnego i premetafizycznego lub transcendentalnego myślenia, wtedy jest zagubiony, a jego działanie staje się absurdalne”. W tym sensie, gdy stoimy na pustej scenie świata i kwestionujemy nie tylko realność otoczenia, ale i samego siebie. W otwierającym zbiór utworze jego bohater jest przekonany, że dentysta wszczepił mu do zęba kamerę. Postanawia więc zachowywać się w sposób dalece odmienny od szablonowego – udaje geja, wybiera się na odczyt do hotelu… W innym opowiadaniu specjalista od wind ginie… na ruchomych schodach. Zaiste jest tu absurd w stylu wręcz egzystencjalnym – jak u Camusa, który skarżył się na niewspółmierność „pomiędzy aktorem a jego dekoracją”. A może to znak naszych czasów – że oto owa niewspółmierność stała się jednostką miary?

Mamy też do czynienia z zaburzeniem zwykłych ludzkich reakcji. Taka sytuacja ma miejsce w jednym z opowiadań, którego bohaterem jest niejaki Szlomi Dror. Jego przyjaciel – Dudi Gabrieli to człowiek pełen wad, które coraz bardziej irytują naszego protagonistę. Gdy więc denerwujący druh w absurdalny (sic!) sposób ginie na przejściu dla pieszych, pierwszym odruchem obserwującego wypadek Szlomiego jest zatelefonowanie do kumpla i nagranie mu się na poczcie głosowej. Jest w tym jakaś bezradność, ale i wyrachowanie zarazem przypominające zachowanie reportera wojennego robiącego zdjęcia umierającym ludziom, zamiast nieść im pomoc. Znów znak naszych czasów, w których łatwiej komunikować się za pomocą komórki, internetu, czatu, bo zwykła rozmowa trąci jakimś dziwacznym archaizmem. Okazuje się nawet, że rozmowa z zaświatami za pośrednictwem nowoczesnych technologii może stanowić ciekawe z socjologicznego punktu widzenia doświadczenie.

Dość symptomatyczna wydaje się również opowieść o żołnierzu R. z Jednostki Utrzymania Balonu. Wzmiankowany balon wisi sobie nad jednostką wojskową w pewnym miejscu gdzieś w Izraelu, a jego podniebna obecność wydaje się niezmiernie ważna z punktu widzenia obronności kraju. Owa niedookreśloność stanowi pokłosie tajemnicy wojskowej – nikt właściwie nie ogarnia prawdziwego znaczenia unoszącego się w powietrzu obiektu. Balon jest symbolem królestwa absurdów, jakim jest armia – zarazem pokazuje stosunek autora do ideologii wojennej. Dajan nie jest otwartym kontestatorem izraelskiej rzeczywistości. Pytania, które zadaje w swojej twórczości, mają charakter raczej egzystencjalny, czy może uniwersalny. Takim tematem jest więc demokracja i sprawiedliwość widziane w kontekście społeczeństwa, które nieustannie staje przed wyzwaniami w swoim narodowym bycie. Granica cienka, a przecież istniejąca, jak między zadowoleniem a ukontentowaniem.

Jest jeszcze jeden aspekt tej prozy warty podniesienia – sposób, w jaki sytuacje z pozoru banalne i powszednie zmieniają się w ekstremalne, jak za dotknięciem przycisku w windzie. W tym sensie opowiadania Dayana mają w sobie rys afektywno-dwubiegunowy. Za chwilą zachwytu zawsze czai się nieubłaganie depresja. Zdaje się ona targać bohaterami, którzy cierpią na brak umiejętności mimetycznych – zupełnie jakby wszyscy byli postaciami z ostatniego, tytułowego opowiadania rozgrywającego się w szpitalu psychiatrycznym. Sytuacji nie ratuje wcale poczucie humoru autora – śmiech jest tu dysfunkcjonalny. Rzecz jasna, można te opowiadania odbierać na nieco płytszym poziomie – wówczas zapewne ich odbiór będzie diametralnie odmienny, co też stanowi o wyjątkowości pióra wnuka izraelskiego ministra obrony. Nie zapominajmy też o lekkości, która może być przy głębszym zastanowieniu sporym ciężarem. Właśnie w ten sposób Leore Dayan snuje swoje abstrakcyjne, niepozbawione jednak głębszego, ogólnoludzkiego sensu, historie.

I taka bywa też współczesna proza izraelska – pogodzona z demonami przeszłości, ale wywołująca duchy współczesnych lęków. Tych, które wkładają na twarze zupełnie nowe maski, lecz przecież w teatrze ludzkich dziejów są od dawna obecne. Ich istnienie przynależy bowiem do kategorii długiego trwania w znaczeniu odpowiednim do kontekstu historycznego – a zatem w różnych epokach i sytuacjach. I nie jest jedynie izraelską specyfiką – przynależy wręcz do zasobu strachów uniwersalnych.

 

Dodaj komentarz