Art of Reading
  • Ostatni prorok – pierwszy Kiszela

    Marcin Kiszela, który wszystkie wcześniejsze książki i opowiadania podpisywał pseudonimem Dawid Kain, tym razem nieco odchodzi od literatury grozy kierując się w stronę powieści obyczajowej z silną obecnością science-fiction. Skąd ta decyzja? Na pewno nie chodziło o to, by recenzenci z zadziwiającą przenikliwością stwierdzali, że ten debiutant pisze nieco podobnie do niejakiego Dawida Kaina (ja tego nie napiszę, obiecałem!). Lecz chociaż – pomimo odmiennego sztafażu – tematyka faktycznie może budzić nieco skojarzeń, to dość istotnej zmianie uległ język. Marcin Kiszela zapanował nad barokowymi zdaniami – styl jest prosty, bez charakterystycznych wtrąceń i pętli, lecz oczywiście to nadal świetne pisarstwo. Przed Państwem Ostatni prorok.

    Protagonistami w tej książce jest trójka przyjaciół dorastająca w latach 90. ubiegłego stulecia. Łączy ich nie tylko przyjaźń, ale także uwielbienie dla pewnego artysty nazywanego „najsmutniejszym człowiekiem na świecie”. Ten świat (nasz świat) jest dekadencki i zmierza ku zagładzie. Główna część powieści rozgrywa się w latach 20. XXI wieku – internet , czy raczej jego doskonalsza wersja – immersjo, dostępny jest na szkłach kontaktowych, do transportu służą pasażerskie drony itp. Ale to jedynie tło dla jednostkowych dramatów trojga bohaterów.

    Narratorem Ostatniego proroka jest tajemniczy, niewidzialny przyjaciel Damiana – jednej z trójki głównych postaci. To typ narratora wszechwiedzącego, który spogląda na całą fabułę z przyszłej perspektywy, w której doszło do zagłady ludzkości. Niezbyt to optymistyczna wizja, ale niestety dość prawdopodobna, co dodatkowo wzmacnia jej nieuchronność. 

    Skromna to objętościowo książeczka (chociaż podobno i tak najdłuższa z dotychczasowych utworów sygnowanych przez autora), ale bardzo dobrze skonstruowana. Czuć w niej ducha nie tylko… Dawida Kaina, ale także chociażby Kurta Vonneguta. Mogę ją tylko z czystym sercem polecić.

  • Był sobie pies dla dzieci

    Po wielkim sukcesie książki Był sobie pies oraz bardzo udanej ekranizacji wiadomo było, że będzie jakiś ciąg dalszy. Wprawdzie nie mamy do czynienia z klasycznym sequelem, lecz raczej z przetworzonym fragmentem bestsellera W. Bruce’a Camerona, ale jednak to całkowicie odrębne dzieło, które poruszyło nawet starym i zgorzkniałym sercem niżej podpisanego. Najważniejsza wiadomość? Był sobie szczeniak. Ellie to znakomita książka dla najmłodszych.

    Wracamy do jednego z psich wcieleń poznanych w poprzedniej powieści (oraz oczywiście filmie). To chyba najbardziej wzruszająca opowieść – o psie-ratowniku odnajdującym ludzi wśród zgliszcz i ruin. W tej wersji jest ona nieco złagodzona i dostosowana językowo do poziomu młodszych czytelników. Przy tym całość pozostaje nieco dłuższa od pierwowzoru. Dodatkową atrakcją dla małego czytelnika będą z pewnością ilustracje, które wraz z przyciągającą wzrok okładką uzupełniają tekst o dodatkową warstwę estetyczną.

    Jak wiadomo, w internetach rządzą kocięta i koty. Jednak blisko sterów władzy są również psy i szczeniaki. Nie może zatem dziwić, że książki, w których bohaterami są nasi pupile, także biją rekordy popularności. W tym przypadku to doskonale – bo czym można lepiej nakłonić dzieci do czytania niż słodkim psiakiem lub kociątkiem na okładce? Można pójść też po linii najmniejszego oporu i poza ładnym rysunkiem zaproponować niewiele więcej. Książka W. Bruce’a Camerona tego przewinienia się ustrzegła. W naprawdę ciekawy i nienachalny sposób pokazuje miłość (do) zwierząt.

    Przyznam się, że kilka razy zaszkliły mi się oczy, zwłaszcza gdy w pierwszoosobowej narracji Ellie pojawiały się elementy bezwarunkowej, psiej wierności. Coś w tym jest – najnowsze badania naukowców odkrywają to, o czym właściciele psów wiedzą od dawna. Czworonogi nie są równe inteligencją człowiekowi, ale budowa części mózgu odpowiedzialnych za emocje i uczucia (tzw. stara kora mózgowa) właściwie niczym się w obydwu przypadkach nie różni. Psy kochają tak samo, a może nawet mocniej, bo ich miłość pozbawiona jest racjonalnego wyrachowania…

  • Twisty i psychologia

    Jeżeli spodziewacie się Państwo kolejnego thrillera w stylu Harlana Cobena, to jednak muszę Was rozczarować. Owszem, są tu twisty wręcz podręcznikowe, ale historia opowiedziana przez Louise Jensen przede wszystkim uderza swoim prawdopodobieństwem. Może dlatego, że opiera się na bardzo wiarygodnej psychologii wykreowanych postaci. Oto przed Państwem Surogatka!

    Poznajemy więc pewne małżeństwo, Kat i Nicka, które od wielu lat stara się o dziecko. Kiedy jednak kolejne próby spalają na panewce, a metody leczenia zawodzą, para decyduje się na poszukiwanie zastępczej matki. Nieoczekiwanie zainteresowanie tym typem pomocy wyraża dawna przyjaciółka Kat, która jest zarazem swoistym memento przypominającym o niezbyt chlubnej przeszłości. Przeszłości, którą Kat od dawna trzyma w tajemnicy przed wszystkimi. Napięcie narasta, różne dziwne wydarzenia stopniowo wpędzają kobietę w stan bliski paranoi. „Każdy człowiek ma własną historię. Pogrzebane żale. Nadzieję, którą próbujemy utrzymać na wodzy, by przypadkiem nie zacząć myśleć, że możemy stać się kimś, kim nie jesteśmy.”

    Autorka udźwignęła bardzo trudny temat bez trywializowania go. Przede wszystkim jednak Louise Jensen otrzymała dar snucia naprawdę niesamowitych opowieści. Surogatka jest mroczna do granic wytrzymałości. Mimo to w trakcie lektury gnamy naprzód, by poznać zakończenie całej historii i chociaż niektórzy uznają zapewne, że jest ono nieco przekombinowane, to ja nie byłem zawiedziony.

    Można mieć może autorce za złe, że to kolejna jej książka z silną kobiecą rolą pierwszoplanową i mężczyźni znów potraktowani zostali trochę po macoszemu. Cóż, my, czyli płeć brzydka, nie jesteśmy istotami aż tak emocjonalnymi, więc może w thrillerach psychologicznych skazani jesteśmy na drugie, albo i dalsze skrzypce. My mamy Jacka Reachera