Art of Reading
  • Mosty światów – czyli rozmowa z Brandonem Sandersonem


    Art of Reading: Czy kupujesz książki w Internecie?

    Brandon Sanderson: Tak, jestem prawdziwym entuzjastą tego rozwiązania. Myślę, że około jednej trzeciej wszystkich moich książek kupiłem w sieci. Gdybym mieszkał w Polsce, zapewne kupowałbym na Allegro.

    Jak postrzegasz swojego docelowego czytelnika? Czy masz w ogóle taką wizję?

    BS: Mam do tej kwestii nieco egocentryczne podejście. Piszę książki, które sam chciałbym przeczytać. Co więcej, w przypadku powieści młodzieżowych jest dokładnie tak samo. Wtedy tworzę historię dla siebie samego w wieku kilkunastu lat.

    A w drugą stronę?

    BS: To ciekawa koncepcja, dziękuję. Może faktycznie napisałbym coś przeznaczonego dla ludzi wiekowych, doświadczonych przez życie. Problem tylko w tym, jak napisać coś, co mogłoby mnie zaskoczyć, kiedy będę dwadzieścia-trzydzieści lat starszy. Trudno wyrokować – w końcu literacki gust także zmienia się wraz z wiekiem.

    Jakbyś miał wymienić swoich ulubionych autorów na obecnym etapie, to kogo byś na takiej liście umieścił?

    BS: Pierwsze miejsce mojego prywatnego rankingu od lat okupuje Terry Pratchett. Moimi ulubieńcami są również Guy Gavriel Kay i Naomi Novik. Listę mógłbym zresztą ciągnąć długo, gdyż uwielbiam bardzo różne gatunki literackie i w zależności od nastroju i klimatu wybieram diametralnie różnych pisarzy. No, ale Terry był kimś wyjątkowym.

    Czy czerpiesz także inspirację z horroru? Niektóre Twoje pomysły – hemalurgiczne stwory ze świata mgły, czy też szkielety wzywane pieczęcią krwi w Duszy cesarza – wydają się być wyrwane wręcz z klimatu gore?

    BS: Dobrze mnie rozszyfrowałeś. Wiele lat temu byłem wręcz opętany pisarstwem H.P. Lovecrafta. Do dziś często sięgam po prozę gotycką, a z nowszych rzeczy oczywiście po Stephena Kinga.

    Czytujesz teraz inne rzeczy, niż wcześniej, gdy jeszcze nie pisałeś zawodowo?

    Zwracam uwagę na inne elementy. Interesuje mnie warsztat, sposób poprowadzenia fabuły, konstrukcja bohaterów. Często zastanawiam się, jak bym sam napisał dany fragment. Pisarzem nie przestajemy być nawet wtedy, gdy czytamy książki innych. Całe szczęście, że wciąż potrafię odnaleźć w tym moim czytaniu wielką radość. Pamiętam, że na samym początku miałem z tym pewien problem i przez moment straciłem cierpliwość do obcych fabuł. Ale mi przeszło.

    Wróćmy więc na moment do początków Twojej kariery pisarskiej. Czy przeżywałeś chwile zwątpienia, gdy długo czekałeś na wydanie Elantris?

    BS: Każdy to przeżywa na jakimś etapie, ale ja miałem naprawdę silną motywację. Swoją pierwszą powieść pisałem pracując na nocnej zmianie w hotelu. Od dwudziestej trzeciej do siódmej rano siedziałem przy biurku i z jednej strony była to idealna motywacja do pisania (Elantris powstawała właśnie w nocy i nad ranem), ale z drugiej – wiedziałem, że tak się długo po prostu nie da.

    Skąd właściwie wziął się pomysł, by magia miała tak wiele różnych aspektów w tym samym uniwersum?

    BS: Zawsze podobały mi się gry w nawiązania, czy też w mosty łączące różnorodne światy. Pamiętam takie mrugnięcia u Isaaca Asimova, który pięknie powiązał swój cykl o robotach z cyklem o Fundacji. Wiele tropów z Kingowskiej serii Mroczna wieża znajdziemy też w innych książkach tego autora. Inny przykład to uniwersum Dragonlance. O ile jednak wymienieni twórcy zazwyczaj uprawiali takie zabawy w swych późniejszych dziełach, to ja postanowiłem zabawić się w ten sposób od samego początku, od pierwszych napisanych słów.

    Jak można wspierać czytelnictwo u młodzieży? W Polsce mamy z tym pewien problem…

    BS: Tak samo było jeszcze jakiś czas temu w Stanach Zjednoczonych. Najpierw telewizja, potem komputery i konsole, stały się groźną konkurencją dla literatury. A potem pojawiły się e-booki i nagle nastąpił wielki powrót do czytania właśnie wśród młodzieży. Czy odpowiada za to chwilowa moda? Nie sądzę. W tej chwili w USA jakieś 60-70 proc. moich książek czytanych tam i kupowanych to właśnie e-booki.

    Znajduję w Twoim pisarstwie sporo podobieństw do Orsona Scotta Carda, który podobnie jak Ty, jest mormonem. Czy to przypadkowa zbieżność?

    BS: Nie ma takich przypadków. Nie znam zbyt dobrze Orsona, chociaż spotkaliśmy się parę razy, a w młodości jak najbardziej czytałem jego powieści.  Mamy podobną podstawę, czy też fundament, na którym budujemy nasze światy. Wiara sprawia, że nasze podejścia do ludzi zapewne również się nie różnią. Cóż więcej? Podobny etos pracy – ja codziennie wyznaczam sobie limit dwóch tysięcy słów do napisania, nie wiem jak jest z Orsonem…

    Dziękuję za rozmowę.

     

  • Jeszcze o jednolitej cenie…

    Jak wspierać czytelnictwo? Podnieśmy ceny książek, wtedy ludzie będą ich więcej kupować. To działa w przypadku niektórych dóbr konsumpcyjnych, jak samochody ferrari czy zegarki Patek Philippe Nautilus, a w naszym kraju książki stają się powoli towarem luksusowym, więc wszystko się zgadza. Uratujmy małe księgarnie. Nie będą mogły przyciągać klientów promocyjnymi cenami, a duże sieci i tak wykorzystają efekt skali, by zarobić. Nadążamy? Młodzież kupuje w małych sklepach internetowych? Niech się przeniosą do Empiku, a jeszcze lepiej do Biedronki. A przy okazji, pozostawmy VAT na książki na obecnym poziomie, a e-booków i tak nikt nie czyta, prawda?

    Ale spójrzmy na argumentację pomysłodawców, czyli Polskiej Izby Książki… „Walka ceną może sugerować konsumentom, że książki są albo niepełnowartościowe, albo ich ceny sztucznie zawyżone (…) Mówimy cały czas o książce, której należy się trochę inne traktowanie niż pozostałych codziennych dóbr, z uwagi na jej szczególny wkład w rozwój intelektualny społeczeństwa.” Ja to niestety odczytuję w następujący sposób – nie będzieta głupie ynteligienty kupować tanich książek, bo i tak zapłacicie frycowe za swój szkodliwy nałóg czytania. A najlepiej, żeby książek nikt nie kupował – będą takie znakomite ceny, tak idealnie wszystko wykoncypowane, że nic, tylko usiąść i obejrzeć kolejny odcinek telenoweli. Byle na kiełbasę wystarczyło i na paczkę papierosów…

     

  • Lubimy czytać, czyli dlaczego nie lubię plebiscytów

    I dokonało się – ponad 110 tys. czytelników oddało swoje głosy na najlepsze książki 2016 roku w 12 kategoriach wagowych. Pozwoliło to na wyłonienie 12 zwycięskich tytułów w takich kategoriach, jak beletrystyka, SF, horror, literatura młodzieżowa (pełen spis nagrodzonych za chwilę).  Vox populi vox Dei, demokracja ma swoje prawa, sto miliardów much nie może się mylić i tak dalej. Jak to jednak możliwe, że w zdecydowanej większości zestawień triumfowały pozycje uznane przez tych samych użytkowników lubimyczytac.pl za zdecydowanie gorsze od tych pozostawionych w pokonanym polu?

    Dowody za chwilę, teraz ogłoszenie wyników. A więc najlepszą książką 2016 roku wybrano… La La Land! Och, przepraszam, to pomyłka, a ty, Warrenie B. oddaj tę kopertę… Więc, po kolei…

     

    ZWYCIĘZCY

    LITERATURA PIĘKNA:                                        Małe życieHanya Yanagihara, Wydawnictwo WAB

    POWIEŚĆ HISTORYCZNA:                                  SłowikKristin Hannah, Świat Książki

    KRYMINAŁ, SENSACJA, THRILLER:                RewizjaRemigiusz Mróz, Wydawnictwo Czwarta Strona

    LITERATURA OBYCZAJOWA, ROMANS:        Kiedy odszedłeśJojo Moyes, Wydawnictwo Między Słowami

    LITERATURA FAKTU, PUBLICYSTYKA:        Sekretne życie drzew, Peter Wohlleben, Wydawnictwo Otwarte

    AUTOBIOGRAFIA, WSPOMNIENIA:               Grunt pod nogamiJan Kaczkowski, Wydawnictwo WAM

    LITERATURA FANTASTYCZNA:                      SzeptuchaKatarzyna Berenika Miszczuk, Wydawnictwo WAB

    SCIENCE FICTION:                                              Piąta falaRick Yancey, Wydawnictwo Moondrive/Otwarte

    HORROR:                                                                Dom na wzgórzuPeter James, Albatros

    LITERATURA MŁODZIEŻOWA:                       Never never, C. Hoover, T. Fisher, Wydawnictwo Otwarte

    FANTASTYKA MŁODZIEŻOWA:                      Harry Potter i przeklęte dzieckoJ.K. Rowling, inni, Media Rodzina

    LITERATURA DZIECIĘCA:                                PaxS. Pennypacker, J. Klassen, Wydawnictwo IUVI

     

    Ta pierwsza myśl, kiedy patrzy się na listy nagrodzonych i nie widać żadnego ze swoich faworytów, prawda? Rzeczywiście, książki, na które głosowałem przepadły na dalszych miejscach. Ale już za moment pojawia się myśl druga – jak ten czy inny tytuł mógł wygrać? Przecież to jest nielogiczne zupełnie, żeby – dajmy na to – Remigiusz Mróz pozostawił w pokonanym polu Stephena KingaKatarzyna Berenika Miszczuk Ursulę K. Le Guin, a Rick Yancey Pratchetta, Stephensona czy Davida Mitchella? To nie jest przecież głosowanie na książki najpopularniejsze, a na najlepsze! Czy aby na pewno?

    Postanowiłem przyjrzeć się nieco dokładniej kilku kategoriom. Jednym z wielkich atutów serwisu lubimyczytac.pl są gwiazdki przyznawane przez każdego z użytkowników przeczytanym tytułom. Oceny od 1 do 10 (zbliżone zatem skalą do ocen na Art of Reading), być może niekiedy dość subiektywne, a innym razem zaniżane przez złośliwe akcje, lecz w najbardziej ogólnym aspekcie stanowią jednak uśrednioną notę każdej z książek. Ci sami czytelnicy wzięli udział w plebiscycie, więc można by przypuszczać, że wygrają tytuły najlepiej ocenione, prawda? Otóż nie, wielkie przeczenie!

    Spójrzmy na SF. Zwycięska książka ma średnią ocenę 7,33, co spośród nominowanych tytułów daje jej miejsce… zaledwie dziewiąte. A jak z innymi kategoriami? Fakt? Nota 7,49 i miejsce.. trzynaste. Romans – 6,99 i miejsce 17. Fantastyka z kolei to 7,28 punktów i miejsce dopiero czternaste. Najśmieszniej jest w kategoriach horroru i literatury młodzieżowej – w obu laury zgarnęły książki najsłabsze w stawce… Właściwie tylko w przypadku literatury pięknej najwyższa nota zapewnia zwycięstwo, chociaż wiele osób może powiedzieć, że wygrała książka konsekwentnie reklamowana jako arcydzieło literackie, wbrew opinii wielu znawców literatury.

    I właśnie dlatego nie lubię plebiscytów.