Art of Reading
  • Nie ma wędrowca, jest horror

    niemawedrowcawww

    stars9

    Autor: Wojciech Gunia

    Wydawca: C & T

    Gatunek: groza

    Data wydania: 2016

    Liczba stron: 168


    Zapewne Wojciech Gunia zaprotestowałby, gdybym jego prozę jął utożsamiać z klasycznym horrorem – nawet spod znaku weird. Jego nowy utwór – tym razem powieść, czyli Nie ma wędrowca, dokonuje twórczej proliferacji (w rozumieniu filozofii nauki, a nie broni masowego rażenia) zagadnień poruszanych w świetnym zbiorze Powrót. Zaczynam podejrzewać, że pisarz może być w polskim horrorze odpowiednikiem Stanisława Lema w science-fiction. Być może jeszcze nie w sensie absolutnej dominacji, ale z pewnością jako prekursor w nadawaniu gatunkowi filozoficznej głębi.

    A przecież Nie ma wędrowca zaczyna się prawie kalką z tzw. „grozy wiejskiej” uprawianej z powodzeniem przez kilku twórców rodzimego horroru. Jest w tym chyba jakieś mrugnięcie do czytelnika – na zasadzie: „znacie to, ale ja pójdę zupełnie gdzie indziej”.  Ten początek ma w sobie coś z szorstkości Siekierezady Edwarda Stachury, a zarazem stanowi asumpt do dalszych rozważań, zdecydowanie już odchodzących od klimatu męskiej przygody. Nagle pojawiają się widma – jakieś dzieci, które nie powinny się znaleźć na terenie tartaku, jakieś tajemnice spowijające przeszłość, dziwne wydarzenia. Winter is coming – można tu posłużyć się cytatem z zupełnie innego literackiego wszechświata.

    I nagle nie mamy już do czynienia z rural horrorem, który niepostrzeżenie przekształca się w traktat filozoficzny. Realizm przechodzi w surrealizm – może nie aż tak klasycznie, jak w przypadku nowel ze zbioru Powrót, ale z większym rozmachem. Bo niby są odniesienia do rzeczywistości historycznej (Wołyń), do konkretnych teologów moralności, lecz wszystko zawieszone jest w gęstniejących ciemnościach, zatykającym gardło klimacie i naprawdę przerażających wizjach. W tychże wizjach jesteśmy samotnymi istotami rzuconymi w Otchłań, wędrowcami we mgle nie dającej zadośćuczynienia, manekinami w opustoszałym magazynie sklepowym. Po zakończeniu powieści Wojciecha Guni naprawdę trudno się otrząsnąć.

    Nie ma wędrowca może być dla polskiego horroru tym samym, co Głos Pana dla fantastyki naukowej. Bo – tu będę się upierał – to jest horror, a może nawet post-horror. Rzecz, która wyrasta z gatunku daleko poza jego granice – jak każda ważna książka.

     

     

  • Nie tylko o recenzowaniu

    Kilka dni temu przeczytałem na lubimyczytać.pl naprawdę zjadliwą i miażdżącą recenzję swojej książki Album, nie taką zwyczajnie negatywną, lecz najostrzejszą ze wszystkich, jakie do tej pory pojawiły się w prasie i internecie. Mój zbiór otrzymał zaledwie dwie gwiazdki na dziesięć możliwych w punktacji tego szacownego portalu. Z początku naprawdę poczułem na sobie siłę tej krytyki, lecz nieco później sprawdziłem inne teksty rzeczonego recenzenta. Okazało się, że Album zyskał u niego identyczną ocenę jak Diuna Franka Herberta, co mnie – przyznam z pewną skruchą – znacznie uspokoiło. Najwyraźniej moje pisanie nie jest przeznaczone dla każdego czytelnika, podobnie jak wiekopomne dzieło o rodach Atrydów i Harkonnenów. Przez chwilkę ogrzewałem się w małym blasku pychy, lecz wkrótce nawiedziła mnie inna refleksja. Aby ją wyjaśnić, muszę posłużyć się retrospekcją…

    Parę tygodni temu Facebook stał się areną pewnej głośnej afery, która mocno wstrząsnęła pisarskim światkiem. W największym skrócie: znanego pisarza przyłapano na niecnym procederze publikowania bardzo negatywnych recenzji swojej konkurencji pod pseudonimem, który jednak kilku osobom udało się rozszyfrować. Pikanterii wszystkiemu dodaje fakt, że rzeczony autor pod swoim prawdziwym nazwiskiem wychwalał te same książki pod niebiosa na wszelakich łamach. Sprawa miała ciąg dalszy. Przydybany literat zaczął tłumaczyć się, że prowokacja odbyła się w ramach socjologicznego eksperymentu, czy raczej prac badawczych związanych z przygotowywaną do druku powieścią. Spora część internautów wzięła owe tłumaczenie za dobrą monetę. Mnie jednak niezbyt przekonało.

    Nie twierdzę, że moja książka padła ofiarą analogicznego zabiegu. Nie upieram się, że recenzje w obydwu przypadkach napisała ta sama osoba – jak widać nie zamierzam nawet tu ujawniać personaliów schwytanego na gorącym uczynku pseudokrytyka. Chociaż korci mnie, by stwierdzić, że pewne przesłanki przemawiają za słusznością podejrzeń. Chciałem jednak o czymś innym…

    Wielu moich znajomych stoi na stanowisku, że pisarze nie powinni być recenzentami. A jeżeli już nimi są, to nie przystoi im pisać o książkach kolegów po piórze. Nie podzielam tej postawy, na miły Bóg! Przecież podpisujemy swoje teksty krytyczne imieniem i nazwiskiem, co stanowić ma rękojmię bezstronności i uczciwości. To powinno wystarczyć. A jednak – czymś zgoła innym jest publikowanie anonimowych opinii. Takich, za którymi chowają się ci nieumiejący patrzeć prosto w oczy. Jeżeli jesteś w stanie się podpisać pod artykułem, stawiając na szali własną wiarygodność, to możesz być spokojny w obliczu oskarżeń o kumoterstwo. Czy też niszczenie konkurencji.

     

     

  • Bogowie i bestie, czyli światy Carrollowskie i nie tylko

    bbwww

    stars8

    Autor: Jacek Wietecki

    Gatunek: SF

    Wydawnictwo: REBIS

    Data wydania: 2016

    Liczba stron: 160


    Na wieść, że wieloletni tłumacz prozy niejakiego Jonathana Carrolla postanowił zadebiutować w roli pisarza ucieszyłem się, ale i zmartwiłem. Bo z jednej strony miałem nadzieję, że otrzymamy coś w klimacie podobnym choćby do Krainy Chichów, a z drugiej – obawiałem się właśnie, że Jacek Wietecki ograniczy się do epigońskiego wręcz małpowania. Nie ziściły się jednak ani moje nadzieje, ani też obawy. Sam autor chyba nie zamierzał zresztą powielać schematu spod sztancy pod tytułem „uczeń przerósł mistrza”.

    Zbiór Bogowie i bestie składa się z krótkiej powieści, noweli i opowiadania. Minipowieść nosząca ten sam tytuł, opowiada o końcu świata, w bardzo przewrotny sposób – może najbardziej Carrollowski. Nadchodzi bowiem dzień sądu i wszyscy wierzący przenoszeni są do swoich rajów – chrześcijańskiego Nieba, nordyckiej Walhalli czy mahometańskiego Dżannah. Tylko ateiści pozostają sami, lecz co w przypadku rozdzielenia rodzin? W dłuższym opowiadaniu pod tytułem Ślepa seria zadano z kolei pytanie o moc przypadku – czy mamy do czynienia z seryjnymi morderstwami, czy może tylko zbiegiem okoliczności? Wreszcie, najkrótszy utwór, czyli Siostrzyczka, to mroczna opowieść o tragedii widzianej oczyma dziecka.

    Różnorodność tych tekstów pokazuje, że Jacek Wietecki nie ogranicza się do jednej poetyki. Z drugiej strony, trudno też o jednoznaczną ocenę formalną – poszczególne części układanki różnią się przecież zarówno wielkością, jak i kolorami uchwyconych obrazów. W którym kierunku podąży pisarz – kompletnie nie wiemy. Jeśli jednak chodzi o zaprezentowanie talentu, to bez wątpienia udana próba. Nie jest to jeszcze poziom wynoszący nas ponad zachwyty, ale z pewnością obiecujący debiut – obciążony zresztą wszelkimi grzechami typowymi dla początków pisarskiej kariery. Podobała mi się swoboda, z jaką Wietecki operuje wyobraźnią. Nieco mniej zaś brak stylistycznej jaźni, o ile takowa w ogóle istnieje. Ale to charakterystyczne dla debiutantów.

    Tłumaczenie może być znakomitym warsztatem pisarskim – w końcu chodzi tu o umiejętność posługiwania się językiem. W przypadku autora Bogów i bestii to domniemanie się sprawdza.