Art of Reading
  • Dziecinada, czyli w świecie pisarzy

    Koleżanki i koledzy! Blogerzy i recenzenci! Uważajcie na niektórych pisarzy, bo jeżeli napiszecie negatywną opinię o ich książkach, to stanie się coś dziwnego. Na przykład zadzwoni do Was matka rzeczonego autora z pretensjami i groźbami. Usłyszycie, że jesteście mordercami, bo wpędzacie nadopiekuńczą mamuśkę do grobu.

    To nie są wcale żarty ani bajki. W ten właśnie sposób walczy z recenzentami pewien poczytny pisarz, którego nazwiska nie mam zamiaru zdradzać. Wiadomo przecież, że działa pewien mechanizm – dobrze czy źle – byle po nazwisku. Tego mechanizmu nie zamierzam więc uruchamiać. Ale mam poczucie, że przekroczono granice absurdu, dobrego smaku, rozsądku, właściwie wszystkie granice. Swego czasu pewien znany autor wytoczył wojnę blogerom książkowym wyzywając kilka ich przedstawicielek od drobiu. Jednak w porównaniu z szantażem emocjonalnym bohatera dzisiejszego wpisu było to wręcz przyjazne i sympatyczne podejście…

    Można się pośmiać z pisarza-maminsynka, można poutyskiwać na artystów en masse nie radzących sobie z krytyką. Jest jednak mroczna strona w tej anegdocie – bo czy naprawdę tak nisko już upadliśmy?

  • Podróż na południe, czyli dzieło genialne

    Autor: Michal Ajvaz

    Tytuł oryginału: Cesta na jih

    Tłumaczenie: Leszek Engelking

    Gatunek: beletrystyka

    Wydawca: Książkowe Klimaty

    Data wydania: 2016

    Liczba stron: 532


    To jeden z tych niewielu przypadków, gdy recenzję można ograniczyć do samego tytułu. Bez wątpienia była to jedna z najważniejszych książek mojego życia. Z dużą ostrożnością podchodziłem do pisarza, którego ochrzczono mianem „czeskiego Borgesa” – świadom marketingowego skażenia podobnych etykietek. A tu niespodzianka – to porównanie NIE JEST na wyrost. Normalnie, jak mówi młodzież, szok!

    już sam początek mnie uwiódł. Jeden z pierwszych wątków docenią zwłaszcza filozoficznie zakręceni czytelnicy – narrator trafia jako widz na widowisko baletowe będące adaptacją Krytyki czystego rozumu Immanuela Kanta i podczas tejże inscenizacji jest świadkiem morderstwa. Dokonał go aktor grający w przedstawieniu Rzecz Samą w Sobie, wkrótce zresztą znikając.Policja ma spory problem, gdyż, jak wiadomo, Rzecz Sama w Sobie wymyka się wszelkiemu zmysłowemu poznaniu… To zaledwie początek niebywałej opowieści zawierającej szkatułkowe opowieści dopowiadające się wzajemnie, wymieniające rekwizytami, bogate w odniesienia.

    Sposobów odczytania powieści Ajvaza jest zapewne tyle samo, co czytelników, a może nawet i więcej – bo powracać możemy do zupełnie innej książki, niż ta wcześniej przeczytana. O czym właściwie jest ta opowieść? O opowiadaniu – czyli o pisaniu i czytaniu. Czeski pisarz stworzył powieść-miasto – przywołującej obraz pewnego miasta pełnego wysokich budynków połączonych setkami pasaży powietrznych. Jakże przypominał mi się wiersz wspomnianego Borgesa ze zbioru Twórca, w którym pisarz próbuje odmalować świat i szkicuje słowami portrety – a przed samą śmiercią odkrywa, że „ów cierpliwy labirynt linii jest podobizną jego własnej twarzy”. Równie dobrze w Podróży na południe możemy odnaleźć swoje własne podróże i swoją własną twarz.

    Tę książkę można tylko w kaleki, niedoskonały sposób próbować opisać, lecz żadna recenzja nie zastąpi lektury. Zachęcam do niej szczerze.

  • Lampiony, czyli trzeci żywioł Bondy

    Autor: Katarzyna Bonda

    Gatunek: sensacja

    Wydawca: Muza

    Data wydania: 2016

    Liczba stron: 640


    Pisząc recenzję książki samej „królowej polskiego kryminału” trzeba nieco uważać by nie otrzeć się o obrazę majestatu. Świadom tego ryzyka muszę jednak napisać, że Lampiony są bez wątpienia najsłabszym dziełem Katarzyny Bondy i jednocześnie jednym ze słabszych kryminałów, jakie ostatnio miałem okazję poznać. Skąd taka ocena?

    Trzeci tom opowieści o profilerce Saszy Załuskiej to portret miasta Łodzi – i być może jedynie to miasto wypada w tej książce ciekawie. Początkowe rozdziały rzeczywiście ukazują jego specyfikę, lecz w pewnym momencie uświadamiamy sobie, że tego klimatu jest jakby… za dużo. W porządku – nakreślenie ram akcji, zarysowanie miejsca, uwypuklenie scenografii – te wszystkie elementy są bez wątpienia przydatne, ale nie mogą one zastępować samej kryminalnej intrygi. Tymczasem zaproponowane przez pisarkę rozwiązania fabularne są, delikatnie rzecz ujmując, niezbyt interesujące. Może dlatego, że w Lampionach mamy do czynienia ze swoistą autokarykaturą?

    Katarzyna Bonda często poświęca tempo akcji, by zatrzymać się na czasem fascynujących, ale nieco częściej nużących szczegółach. Tak było w przypadku wcześniejszej serii z Hubertem Meyerem, to samo powtarzało się w Pochłaniaczu Okularniku  – poprzednich częściach cyklu o Saszy Załuskiej. Tak, wiem – autorka często mówi o tym, jak ważne jest dla niej prawidłowe i profesjonalne odwzorowanie pracy policji, ale czasami niestety przesadza z detalami. Jeszcze we wcześniejszych książkach tego typu „dłużyzny” broniły się – bo akcja była ciekawa, a intryga kryminalna nie stanowiła wcale najważniejszej wartości książek. W Lampionach już tych elementów zabrakło, co tylko uwypukliło niedostatki konstrukcyjne.

    Fabuła stanowi tym razem piętę achillesową powieści. Jest ona tak nieprawdopodobna (ISIS w Polsce, terroryzm, do tego machlojki związane z nieruchomościami, do tego wywiad). Jest obfitująca w taką ilość wątków i postaci pobocznych (ilość nie jest błędem – chodzi naprawdę o wielkość niepoliczalną), że wszelkie zalety automatycznie idą na drugi, albo i trzeci plan. Przeczytałem Lampiony tylko i wyłącznie ze względu na sentyment do wcześniejszych książek. I ten sentyment tłumaczy stosunkowo wysoką ocenę…