Art of Reading
  • Drobinki nieśmiertelności, czyli amerykańskie podróże Jakuba Ćwieka

    Autor: Jakub Ćwiek

    Gatunek: beletrystyka

    Wydawca: SQN

    Data wydania: 13 września 2017 r.

    Liczba stron: 320


    Od pewnego czasu uważam, że najciekawsze rzeczy w sztuce wynikają z odważnego burzenia ścian na granicach gatunków albo z paradoksalnych nieraz zestawień, które tworzą nową jakość. Bywa tak również, gdy pisarz wkracza na nowe dla niego obszary – zwłaszcza wtedy, gdy czyni to z bagażem poprzednich doświadczeń. Takim paradoksem jest nowy zbiór opowiadań Jakuba Ćwieka – z jednej strony bowiem Drobinki nieśmiertelności  stanowią novum w twórczości tego autora, jako że właściwie pozbawione są elementów fantastycznych. Z drugiej zaś mamy przecież do czynienia z dobrze znaną nam grą Kuby ze schematami amerykańskiej kultury popularnej i rodzajem hołdu dla popkultury właśnie.

    Te opowiadania są też w pewnym stopniu uzupełnieniem jednej z poprzednich książek Ćwieka, czyli reportażowego Przez stany POPświadomości (gwoli ścisłości był on tam jednym z współautorów). W tamtej odsłonie grupka zapaleńców ruszyła przez USA  w podróż szlakiem własnych filmowych/książkowych/muzycznych/ komiksowych zachwytów. Drobinki nieśmiertelności to natomiast bardziej zbiór natchnień, które spłynęły na Kubę w odwiedzanych przez niego miejscach. Czy są to unieśmiertelnione przez filmy o Rockym schody w Filadelfii, czy zniszczony huraganami Nowy Orlean, czy po prostu ciągnąca się przez setki mil autostrada, po której pędzą ciężarówki – każda z tych lokalizacji stanowiła tło jednego z opowiadań. A skoro nie ma tym razem odniesień do bogów z nordyckiej mitologii i demonów, więc nacisk położony jest na psychologiczne aspekty bycia w każdym z tych miejsc.

    Kuba Ćwiek zrobił coś spektakularnego – napisał książkę bardziej amerykańską niż te, które wychodzą spod piór amerykańskich pisarzy. Najbardziej w trakcie lektury słyszałem chyba echa Stephena Kinga, tego z długich, pozbawionych grozy fragmentów, które opisują małomiasteczkową Amerykę. Był też oczywiście gdzieś wyczuwalny Cormac McCarthy, dało się również rozpoznać Dona DeLillo. Najwięcej jednak znajdziemy oczywiście samego Jakuba Ćwieka. Jeżeli nie wierzycie, to wyszukajcie sobie na Youtube filmik z piosenką, którą Kuba osobiście napisał i którą wykonywał przy akompaniamencie gitary na jednym z konwentów.

    Można zadać pytanie – czy twórca Chłopców Kłamcy będzie kolejnym z autorów, który wypłynie na szerokie wody głównego nurtu porzucając grozę gatunkową? Jak Łukasz Orbitowskim, Jakub MałeckiSzczepan Twardoch, by ograniczyć się tylko do trzech przykładów? Myślę, że problem jest niewłaściwie postawiony – zupełnie jakby warunkiem było zawsze spalenie mostów lub odcięcie się od wcześniejszych dzieł. Przytoczone nazwiska, a teraz dołączył do nich również Kuba Ćwiek, to dla mnie dowody na to, że jeżeli tylko twórca prozy gatunkowej postanowi napisać coś pozbawionego gatunkowej etykietki, to prawie automatycznie osiąga poziom bardzo wysoki.

    Zbiór rewelacyjny, zasługuje na najwyższą notę z możliwych.

  • Jak zostałem kimś gorszym od oprawcy

    Dziś będzie także o czytaniu, a jakże. O czytaniu komentarzy w Internecie. Miałem nie poruszać tego tematu, ba! Spora część ludzkości zapewne uważa, że nie powinienem go nawet dotykać. Zostałem jednak naprawdę potraktowany w sposób tak karykaturalnie niesprawiedliwy, że stwierdziłem: a, co tam! Dorzucę swoje trzy grosze.

    #metoo. Tag, który w ostatnich tygodniach zrobił zawrotną karierę. Zaczęło się od skandalu z hollywoodzkim producentem Harveyem Weinsteinem oskarżonym o wieloletnie molestowanie kobiet. I ruszyły maszyny – mieszkanki wielu krajów, przedstawicielki wszystkich ras zaczęły przytaczać własne doświadczenia, gdy padały ofiarą męskiej opresji. Skala zjawiska może szokować, tym bardziej że wiele tych historii dotyczy czynów kwalifikowanych wymienianych w kodeksach karnych. Proszę Was o wybaczenie w imieniu tych żałosnych podróbek mężczyzny. Jeżeli granice Waszej intymności zostały kiedykolwiek w sposób brutalny podeptane, przepraszam.

    Tylko że moje przeprosiny nie mają tylko i wyłącznie charakteru kurtuazji. Bo oto szlachetna akcja została wykrzywiona przez niewielką, ale rzucającą się w oczy, mniejszość pań, które postanowiły dołączyć do akcji na zasadzie sam nie wiem, mody? Owczego pędu? Nagle okazuje się, że molestowaniem może być nie tylko niechciany dotyk, ale nawet niechciany wzrok. Nie tylko seksistowskie uwagi, ale nawet wymowne milczenie. Czasami nawet to, co kiedyś było właściwie rodzajem barteru, nagle awansowało do rangi przestępstwa o seksualnym charakterze. Przykład? Ewidentnym molestowaniem jest nakłanianie drugiej osoby do współżycia pod groźbą utraty pracy. „Jeśli nie pójdziesz ze mną do łóżka, to cię zwolnię!”. Czy jednak tę samą miarę możemy przykładać do sytuacji, w której w zamian za przysługę natury erotycznej otrzymuje się rolę w filmie albo awans?

    Próbowałem ostrzegać, że rozmywają się pewne z dawien dawna ustalone granice, że dochodzi do inflacji znaczeniowej. Kiedyś gwałt był czymś jednoznacznym i oczywiście godnym potępienia. Teraz nagle zacierają się różnice między niewinnym komplementem a słownym molestowaniem, a – jak sam usłyszałem – kimś gorszym od gwałciciela jest mężczyzna, który „szuka dziury w całym”, próbuje racjonalnie podejść do całego zagadnienia, żywi jakiekolwiek wątpliwości. Kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam. Co więcej – nawet jeżeli ktoś jest z nami, ale usiłuje ratować resztki zdrowego rozsądku, ten jest też naszym wrogiem. Ale ja nie umiem milczeć, gdy widzę, że piękny statek kieruje się w stronę skał, które za moment rozerwą jego kadłub. Nawet jeżeli jego załoga zatłucze mnie, by mnie uciszyć.

    Przypomniały mi się dawne lata późnej podstawówki (jako podkład muzyczny proponuję teraz Memories Leonarda Cohena). Na szkolnych dyskotekach uczyliśmy się, czym jest ciało odmienne niż nasze, co bardziej odważni koledzy próbowali w tańcu przesuwać swe dłonie w zakazane obszary, co kończyło się zwykle ostrą i zasłużoną reakcję koleżanek. Ja nigdy nie miałem tej śmiałości. Ale, dziwna rzecz, zauważyłem, że chłopcy z bezczelnie ruchliwymi dłońmi cieszyli się zawsze dużo większym zainteresowaniem płci przeciwnej…

    Ale ja też się wtedy czegoś nauczyłem. Pewna blondynka z mojej klasy, a w tamtym czasie byłem przekonany, że to dziewczę jest najwspanialszą istotą, jaka kiedykolwiek chodziła po Ziemi, a więc ta blondynka zatańczyła ze mną jeden kawałek, a potem w sposób okrutny odmówiła mi kolejnego. Jakże to boli, gdy ma się tych 13 lat! Ale do dziś jestem jej wdzięczny za tę lekcję – od tamtej pory wiem, że to kobieta wyznacza granice i że nasze sny spełniają się bardzo rzadko. Jeżeli czytasz te słowa, a istnieje taka możliwość, to dziękuję za to, że następną piosenkę tańczyłaś już z kimś innym.

    Teraz zaś dowiaduję się, że zapewne jestem przedstawicielem prawicy, mimo że od dawna uważam się za lewaka. Że moje słowa rozmywają odpowiedzialność, że bronię oprawców i gwałcicieli. A ja tylko widzę naprawdę niepotrzebną wojnę płci, widzę polowanie na czarownice à rebours, widzę, że niczego się nie nauczyliśmy jako gatunek. I mogę tylko bezsilnie apelować o odrobinę refleksji…

  • Ten nieznośny Gombrowicz – czyli Ja, geniusz

    Autor: Klementyna Suchanow

    Gatunek: biografia

    Wydawca: Wydawnictwo Czarne:

    Data wydania: 27 września 2017

    Liczba stron: 576+600


    Decydując się na lekturę blisko 1200-stronicowej biografii Witolda Gombrowicza, miałem zamysł dość prozaiczny, by nie rzec tabloidowy. Nie, nie chodziło mi wcale o pikantne szczegóły na temat życia erotycznego autora Ferdydurke, bo tej pikanterii byłem akurat świadomy. Powodowała mną inna, niska pobudka – chciałem mianowicie dowiedzieć się, co sprawiło, że ten wspaniały powieściopisarz był jednocześnie tak wielce niesympatycznym człowiekiem, który innych kolegów po piórze traktował zawsze z wyższością. Zresztą trudno znaleźć w archiwach jakąkolwiek wypowiedź Gombrowicza, w której wypowiadałby się on pozytywnie na temat kogokolwiek.

    Klementyna Suchanow rozpoczyna swoją biografię wiele lat przed rokiem 1904, kiedy to Witold Gombrowicz przyszedł na świat. Dzięki temu poznajemy środowisko naturalne, które później w znacznym stopniu go ukształtowało. Jak wiadomo, urodził się w rodzinie ziemiańskiej, w raczej niespokojnych czasach. Dość symptomatyczna jest wypowiedź jednego z praszczurów naszego bohatera, który ubolewał nad tym, że wesele jego córki musiało odbyć się w karczmie. Ową karczmą był… Hotel Europejski.

    Poza tym jego rodzice nie byli ze sobą szczęśliwi – dziś zapewne nazwalibyśmy to małżeństwo toksycznym związkiem. Dzieciństwo małego Witolda upłynęło między Scyllą ojcowskiego braku zainteresowania a Charybdą matczynej nadopiekuńczości. Przy czym ta ostatnia była raczej rodzajem tłumionej agresji i towarzyszyła jej nie miłość rodzicielska, a raczej chłód emocjonalny. To własnie za sprawą matki 16-letni Witold nie zgłosi się na ochotnika do obrony Warszawy przed sowieckim najeźdźcą. Miało to niewątpliwy wpływ na całe dalsze życie pisarza.

    Autorka znakomicie to wszystko opisuje. Także późniejsze lata – gdy świadomy własnej wielkości Witold namaszcza sam siebie na geniusza, który może egzaminować mniej utalentowanych kolegów przy stoliku w Ziemiańskiej. Ci, którzy nie umieli odpowiedzieć na pytania, musieli usiąść gdzie indziej. Jakoś w tym wszystkim idealnie pasuje decyzja pisarza, by pozostać na obczyźnie tuż przed wybuchem wojny. I jest tu też pewien „dla płci indyferentyzm” Gombrowicza, który rzadko się zakochiwał, a licznych partnerów seksualnych szukał zarówno wśród mężczyzn, jak i kobiet.  Wyłania się z tego wszystkiego obraz człowieka odklejonego od współczesnych, kogoś, kto nieszczęśliwie minął się z historią. Kto w innych warunkach może mógłby osiągnąć więcej.

    Nie polubiłem Witolda Gombrowicza jako człowieka po lekturze tej biografii, ale może – paradoksalnie, jeszcze bardziej doceniłem go jako pisarza.